![]() |
| Migawki w lipca |
![]() |
| Wkręciłam się w robienie otulaczy na książki Mogę zrobić na zamówienie ❤️ Hadzia handmade |
![]() |
| Naviband ❤️ |
![]() |
| Migawki w lipca |
![]() |
| Wkręciłam się w robienie otulaczy na książki Mogę zrobić na zamówienie ❤️ Hadzia handmade |
![]() |
| Naviband ❤️ |
Nie wiem, kto rządzi tym dobytkiem - Bóg, szatan, a może szyderczy, bezimienny los.
Lubię przecierać książkowe szlaki i poznawać twórczość kolejnych autorów, dlatego dzięki abonamentowi EmpikGo natrafiłam na kolejną w dorobku pozycję Kamila Piechura pt. Zmorowisko. Autor podaje, że w swoim pisarstwie inspirował się m.in. twórczością Stephena Kinga i Jacka Ketchuma, co sprawiło, że z tym większą chęcią zabrałam się za tę książkę. Zapraszam na recenzję!
W miasteczku położonym nieopodal Krakowa rozgrywa się prawdziwy horror – grupa studentów spędzających weekend majowy w wynajmowanym domu, zostaje skatowana i powieszona. Na miejsce przyjeżdża podkomisarz Lidia Ewert, o której metodach śledczych stało się głośno po doprowadzeniu do zamknięcia śledztwa sprzed lat. Choć policja szybko typuje sprawcę, pomimo gruntownej analizy oraz zakrojonych na cały kraj poszukiwań podejrzanego, sprawa potrójnego morderstwa tkwi w martwym punkcie. Do czasu…
Maks i Beniamin to dwójka przyjaciół prowadzących kanał rozrywkowy poświęcony miejscom uważanym za nawiedzone. Ich celem jest odnalezienie odpowiedzi na pytanie: Czy duchy istnieją naprawdę? Kiedy mężczyźni decydują się zbadać historię Czarnego Domu, nie zdają sobie sprawy, jaką grozę odkryją w jego wnętrzu. opis wydawcy
Zabierając się za Zmorowisko wiedziałam o tej pozycji tylko tyle ile wydawca postanowił zawrzeć w opisie, więc w sumie nie nastawiałam się na nic szczególnego – potrzebowałam niewymagającego czytadła, które urozmaici podróże komunikacją miejską. Sam początek obiecuje naprawdę wiele - brutalne morderstwo grupy studentów, śledztwo prowadzone przez podkomisarz Lidię Ewert, tajemniczy dom i historia, która aż prosi się o gęsty klimat. W sumie jest wszystko, co powinno być potrzebne do stworzenia mocnego, fascynującego i mrocznego thrillera, jednak największy problem polega na tym, że naprawdę obiecujące składowe zawiodły i nie dały oczekiwanego efektu. Ta pozycja jest po prostu... nijaka. Taka, którą czyta się bez większego bólu, ale również bez większej satysfakcji. Kiedy kończy się ostatni rozdział, zamiast myśleć o historii, ma się ochotę sięgnąć po coś, co naprawdę podniesie ciśnienie. Tutaj zdecydowanie najbardziej szkoda potencjału, który był naprawdę spory. Motyw nawiedzonego domu, internetowych eksploracji i mrocznej historii aż prosił się o duszny klimat, tajemnicę i prawdziwe poczucie niepokoju. Tymczasem zamiast horroru dostajemy bardziej kryminalną wycieczkę z elementami grozy, która niestety nie zostawia po sobie większego śladu. W tym wszystkim nie pomogli też bohaterowie, którzy są napisani tak poprawnie, że aż podejrzanie bezpiecznie — jakby ktoś bał się, że mogliby przypadkiem zrobić coś interesującego. Efekt jest taki, że nie irytują (co już jest jakimś osiągnięciem), nie przeszkadzają, ale też nie oferują absolutnie żadnego powodu, żeby chcieć spędzić z nimi więcej czasu.
Nawiedzone domy nie istnieją. Istnieją tylko takie, w których ludzie dopuścili się czegoś, o czym nikt nie chce pamiętać.
Czy Zmorowisko jest beznadziejną książką, jaką ledwie da się przeczytać przeczytać? Zdecydowanie nie. Jest zdecydowanie pozycją zmarnowanego potencjału - miała wszystkie karty w ręku, żeby zagrać mocniej, a ostatecznie rozgrywka skończyła się bez większych emocji. Bez fajerwerków, bez efektu WOW, bez tej iskry, która sprawia, że po zamknięciu książki jeszcze przez chwilę żyje się jej historią. Mimo tej dość chłodnej oceny nie zamykam autorowi drzwi. To moje pierwsze spotkanie z twórczością Kamila Piechury i wierzę, że kolejne książki mogą pokazać jego możliwości z dużo lepszej strony. Tymczasem są lepsze lektury niż Zmorowisko.
W książkach Marka Krajewskiego zaczytywałam się w liceum, w czasie początków tego bloga. To właśnie wtedy trafiłam na Erynie czy Festung Breslau zaczytując się w historiach umieszczonych w przedwojennym Wrocławiu, w którym wtedy mieszkałam. Przez lata miłość do twórczości Marka Krajewskiego pozostała, a książki mistrza kryminału retro zajmują szczególne miejsce w moim serduszku. Dlatego niezmiernie ucieszyłam się kiedy dowiedziałam się o nowej serii pisarza i od razu miałam okazję zdobyć i przeczytać Drogę krwi! Zapraszam na recenzję!
Tym razem opuszczamy dobrze znane ulice przedwojennego Wrocławia i przenosimy się do Wałbrzycha oraz jego okolic. Wałbrzych w wydaniu Krajewskiego w Drodze krwi nie jest jedynie tłem wydarzeń. To pełnoprawny bohater powieści – surowy, nieprzystępny, chwilami wręcz duszny. Autor z niezwykłą precyzją odtwarza klimat miasta, jego topografię, społeczne napięcia i codzienność mieszkańców. Nie ma tu pocztówkowych widoków ani romantyzowania przeszłości. Jest brud, bieda, kopalnie, strach i ludzie próbujący przetrwać w świecie, który nikogo nie rozpieszcza. W tym są znalezione brutalnie zamordowane ciała dwojga kochanków. A do tego ucieczka gangu groźnych więźniarek zwanych Wilczycami, przemyt eteru, a do tego młody adept psychiatrii Herbert Anwaldt, który od razu po przyjeździe w nieznane mu rejony zostaje wciągnięty w wir wydarzeń i w problemy górniczego, górskiego terenu.
Po okolicznych wsiach szeptano, że przemytniczki wstąpiły na drogę krwi. Zaczęto śpiewać piosenki o Wilczycach kastrujących bandytów. O kobietach, które nie pozwalają na niesprawiedliwość. Od tego był już tylko jeden krok, by miejscowa ludność wykreowała je w swej wyobraźni na obrończynie biedaków. W Górach Wałbrzyskich zaczęła wykluwać się legenda.
Eberhard Mock był człowiekiem światłocienia, w którym jasne światło dobra i porządku czasem przyćmiewał mrok zła i chaosu. O ile można by w ten sposób określić pracę każdego policjanta - bo przecież stróże prawa nieustannie ocierają się o brud świata, który usiłują oczyścić - to w wypadku Mocka owo ocieranie się było dobrowolne, a co więcej, uznawał je za słuszne i konieczne.
Droga krwi nie próbuje na siłę zaskakiwać formalnymi eksperymentami ani udowadniać, że kryminał musi być dziś czymś więcej niż kryminałem. To po prostu bardzo dobrze napisana powieść retro, oparta na świetnym researchu, wiarygodnych bohaterach i konsekwentnie budowanym napięciu. Jak dla mnie – po prostu twórczość Krajewskiego w najlepszym wydaniu. Tęskno mi trochę do Wrocławia, momentami ciężko było mi się przełączyć między rozdziałami, ale nie zmienia to faktu, że jest to klasa sama w sobie – myślę, że mieszkańcom Wałbrzycha i okolic może bardziej przypaść do gustu. Nie mogę się doczekać kolejnych części tej serii.