wtorek, 11 sierpnia 2026

"Czerwień" Małgorzata Oliwia Sobczak

Tytuł: Czerwień
Autor: Małgorzata Oliwia Sobczak
Cykl: Kolory zła
Tom: pierwszy
Wydawnictwo: W.A.B.
Ilość strona: 384
Ocena: 5/6


W kryminalistyce wszelkie zbiegi okoliczności są nieprzypadkowe. To uporządkowana sekwencja, która pomaga zinterpretować zdarzenia.




Są takie książki, o których jest głośno – czasami bezpodstawnie, czasami te podstawy są dość solidne. Są również takie książki, po których człowiek zaczyna podejrzliwie patrzeć na morze. Niby zwykła plaża, trochę piasku, mewy, Bałtyk i ten charakterystyczny nadmorski wiatr, który potrafi przewiać człowieka na wskroś. A jednak po przeczytaniu Czerwieni Małgorzaty Oliwii Sobczak trudno nie pomyśleć, że polskie morze ma w sobie coś wyjątkowo niepokojącego. Zwłaszcza kiedy z wody wypływają zwłoki. Zwłaszcza, że za tę kolorową serię i książkę zabierałam się już naprawdę dość dawno i o wiele za długo.

Jest kwiecień 1996 roku. Nad sopockim morzem kłębią się chmury, przez które tylko czasem przedziera się czerwone słońce. Spowite krwistym kolorem morze wyrzuca na brzeg ciało kobiety. Monika była córką lokalnej sędzi – Heleny Boguckiej. Miała w sobie coś takiego, że nie dało się oderwać od niej wzroku. Od tamtej zbrodni mija 17 lat. Miastem wstrząsa kolejne morderstwo. Okaleczenia na twarzy ofiary wskazują na tego samego sprawcę. Widać, że przez lata jego ruchy stały się bardziej precyzyjne, jego koncepcja dopracowana. A może doczekał się swojego naśladowcy? Jest jeszcze jedno – ofiary są do siebie łudząco podobne. Dlaczego, mimo wielu poszlak, kilkanaście lat temu nikt nie chciał doprowadzić sprawy do końca?                                                                                                                                                      opis wydawcy

Czerwień to pierwszy tom cyklu i jednocześnie kryminał, za który postanowiłam się zabrać już dość dawno, a jednocześnie bardzo sprawnie pokazuje, że przeszłość ma paskudny zwyczaj wracania wtedy, kiedy wszyscy najchętniej uznaliby ją za zamknięty rozdział. Sobczak nie próbuje na siłę wymyślać gatunku od nowa. Nie robi z prokuratora filozofa egzystencjalnego, nie zasypuje czytelnika pięćdziesięcioma bohaterami, z których każdy ma traumę większą od poprzedniego, i nie każe nam rozwiązywać zagadki za pomocą fragmentu kodu znalezionego na odwrocie obrazu z XVII wieku. Zamiast tego dostajemy dobrze skonstruowane śledztwo, dwie osie czasowe i coraz więcej elementów układanki. Sobczak dobrze pokazuje, że nierozwiązana zbrodnia nie znika tylko dlatego, że dokumenty lądują w archiwum. Ludzie zapominają, zmieniają nazwiska, zawierają małżeństwa, robią kariery, przeprowadzają się i zaczynają nowe życie. Tyle że tajemnice mają wyjątkowo dobrą pamięć. Czasami nawet lepszą niż ich właściciele.

Jak w ogóle można mieć jakąkolwiek nadzieją po tym, jak zobaczyło się własną córkę w takim stanie? Bez włosów, bez ust, rozprutą jak lalka. Jak można mieć nadzieję? A jednak wiara, że to wszystko jest okrutnym snem, z którego Helena zaraz się obudzi, nie mijała.

Najbardziej podobało mi się to, że Czerwień nie opiera się wyłącznie na pytaniu „kto zabił?”. To byłoby zdecydowanie zbyt proste. Znacznie ciekawsze okazuje się pytanie: dlaczego sprawa sprzed lat została właściwie pozostawiona samej sobie? I co musiało się wydarzyć, żeby po siedemnastu latach ktoś ponownie otworzył drzwi, które najwyraźniej bardzo długo pozostawały zamknięte? W tym miejscu powieść zaczyna przypominać najlepsze kryminały skandynawskie. Jest chłodno, ponuro i momentami bardzo duszno, mimo że akcja rozgrywa się nad morzem. Trochę jak u Camilli Läckberg – małe społeczności, stare sekrety, pozornie uporządkowane życie i świadomość, że pod powierzchnią coś gnije. Z kolei sposób, w jaki autorka prowadzi śledztwo, może przywodzić na myśl Jo Nesbø: przeszłość nie jest tutaj dekoracją, lecz pełnoprawnym bohaterem historii. I właśnie przeszłość jest jednym z najmocniejszych punktów tej książki.

Choć materiał zebrany wcześniej przez policjantów wydawał się wyczerpujący, Bilski lubił spotykać się ze świadkami sam. Z mimiki, gestów i tembru głosu można czasem wyczytać znacznie więcej niż z suchych faktów. Podejście psychologiczne - to było jego zawodowe motto.

Czerwień jest książką, która czytałam z wielką przyjemnością, a na tle szarego i chłodnego nadmorskiego klimatu pełnego tajemnic szczególnie dobrze wypadają postacie, które nie dają się łatwo zaszufladkować jako „dobre” albo „złe”. Autorka lubi zostawiać między tymi dwoma biegunami całkiem sporo miejsca na szarość. I bardzo dobrze, bo w kryminale najbardziej interesujący bywają przecież nie ci, których można od razu rozgryźć, ale ci, przy których człowiek co chwilę zmienia zdanie. i na czele są dość barwni język podporządkowany opowieści – płynny, obrazowy i przede wszystkim sprawnie prowadzący przez kolejne tropy. Dzięki temu książkę czyta się szybko, a kolejne strony znikają trochę zbyt łatwo.

Największą siłą Czerwieni jest chyba właśnie połączenie tej prostoty z atmosferą. To nie jest kryminał, który chce udowodnić, że jest arcydziełem. Po prostu chce opowiedzieć dobrą, mroczną historię. I robi to na tyle skutecznie, że po zakończeniu zostaje nie tylko rozwiązanie zagadki, ale też kilka pytań o to, jak długo można uciekać przed własną przeszłością. Osobiście chętnie sięgnę po kolejne tomy Kolorów zła, a także serial na podstawie książki. Polecam!

sobota, 1 sierpnia 2026

Podsumowanie lipca 2026


Kolejny miesiąc intensywny – jak cały ten rok.

Przedłużanie umowy w MOPS, szydełkowe projekty, przerabianie działkowych porzeczek i wiśni, zajadanie się jagodziankami, spotkania z przyjaciółmi, jaranie się nowymi markerami akrylowymi czy trampkami w kwiatki, koncert Naviband czy wieści, że dostałam się do szkoły psychoterapii ❤

 W tym miesiącu udało mi się przeczytać 5 książek.
Wśród nich: 2 audiobooki, 2 ebooki i 1 papierowa.

 Czerwień
Czarodziej śmierci
Dziewczyna z sierocińca
Materiał ludzki
Myślę szybciej, czuję mocniej. Przewodnik dla osób z ADHD

 W tym miesiącu udało mi się na blogu opublikować 3 posty – 2 recenzje i podsumowanie czerwca.

 

Migawki w lipca

Wkręciłam się w robienie otulaczy na książki
Mogę zrobić na zamówienie ❤️
Hadzia handmade

 
Naviband ❤️


A jak Wam minął lipiec?
Jakie plany na sierpień?

czwartek, 30 lipca 2026

"Zmorowisko" Kamil Piechura

Tytuł: Zmorowisko
Autor: Kamil Piechura
Wydawnictwo: Filia
Ilość stron: 456
Ocena: 2.5/6



Nie wiem, kto rządzi tym dobytkiem - Bóg, szatan, a może szyderczy, bezimienny los.






Lubię przecierać książkowe szlaki i poznawać twórczość kolejnych autorów, dlatego dzięki abonamentowi EmpikGo natrafiłam na kolejną w dorobku pozycję Kamila Piechura pt. Zmorowisko. Autor podaje, że w swoim pisarstwie inspirował się m.in. twórczością Stephena Kinga i Jacka Ketchuma, co sprawiło, że z tym większą chęcią zabrałam się za tę książkę. Zapraszam na recenzję!

W miasteczku położonym nieopodal Krakowa rozgrywa się prawdziwy horror – grupa studentów spędzających weekend majowy w wynajmowanym domu, zostaje skatowana i powieszona. Na miejsce przyjeżdża podkomisarz Lidia Ewert, o której metodach śledczych stało się głośno po doprowadzeniu do zamknięcia śledztwa sprzed lat. Choć policja szybko typuje sprawcę, pomimo gruntownej analizy oraz zakrojonych na cały kraj poszukiwań podejrzanego, sprawa potrójnego morderstwa tkwi w martwym punkcie. Do czasu…

Maks i Beniamin to dwójka przyjaciół prowadzących kanał rozrywkowy poświęcony miejscom uważanym za nawiedzone. Ich celem jest odnalezienie odpowiedzi na pytanie: Czy duchy istnieją naprawdę? Kiedy mężczyźni decydują się zbadać historię Czarnego Domu, nie zdają sobie sprawy, jaką grozę odkryją w jego wnętrzu.                                                                                                                                        opis wydawcy 

Zabierając się za Zmorowisko wiedziałam o tej pozycji tylko tyle ile wydawca postanowił zawrzeć w opisie, więc w sumie nie nastawiałam się na nic szczególnego – potrzebowałam niewymagającego czytadła, które urozmaici podróże komunikacją miejską. Sam początek obiecuje naprawdę wiele - brutalne morderstwo grupy studentów, śledztwo prowadzone przez podkomisarz Lidię Ewert, tajemniczy dom i historia, która aż prosi się o gęsty klimat. W sumie jest wszystko, co powinno być potrzebne do stworzenia mocnego, fascynującego i mrocznego thrillera, jednak największy problem polega na tym, że naprawdę obiecujące składowe zawiodły i nie dały oczekiwanego efektu. Ta pozycja jest po prostu... nijaka. Taka, którą czyta się bez większego bólu, ale również bez większej satysfakcji. Kiedy kończy się ostatni rozdział, zamiast myśleć o historii, ma się ochotę sięgnąć po coś, co naprawdę podniesie ciśnienie. Tutaj zdecydowanie najbardziej szkoda potencjału, który był naprawdę spory.  Motyw nawiedzonego domu, internetowych eksploracji i mrocznej historii aż prosił się o duszny klimat, tajemnicę i prawdziwe poczucie niepokoju. Tymczasem zamiast horroru dostajemy bardziej kryminalną wycieczkę z elementami grozy, która niestety nie zostawia po sobie większego śladu. W tym wszystkim nie pomogli też bohaterowie, którzy są napisani tak poprawnie, że aż podejrzanie bezpiecznie — jakby ktoś bał się, że mogliby przypadkiem zrobić coś interesującego. Efekt jest taki, że nie irytują (co już jest jakimś osiągnięciem), nie przeszkadzają, ale też nie oferują absolutnie żadnego powodu, żeby chcieć spędzić z nimi więcej czasu.

Nawiedzone domy nie istnieją. Istnieją tylko takie, w których ludzie dopuścili się czegoś, o czym nikt nie chce pamiętać.

Czy Zmorowisko jest beznadziejną książką, jaką ledwie da się przeczytać przeczytać? Zdecydowanie nie. Jest zdecydowanie pozycją zmarnowanego potencjału - miała wszystkie karty w ręku, żeby zagrać mocniej, a ostatecznie rozgrywka skończyła się bez większych emocji. Bez fajerwerków, bez efektu WOW, bez tej iskry, która sprawia, że po zamknięciu książki jeszcze przez chwilę żyje się jej historią. Mimo tej dość chłodnej oceny nie zamykam autorowi drzwi. To moje pierwsze spotkanie z twórczością Kamila Piechury i wierzę, że kolejne książki mogą pokazać jego możliwości z dużo lepszej strony. Tymczasem są lepsze lektury niż Zmorowisko.

niedziela, 19 lipca 2026

"Droga krwi" Marek Krajewski

Tytuł: Droga krwi
Autor: Marek Krajewski
Cykl: Seria wałbrzyska
Tom: pierwszy
Wydawnictwo: Znak
Ilość stron: 480
Ocena: 5/6


Uczyniłem w życiu więcej zła niż dobra. A taki człowiek jest niewiele wart. Powiem straszniej. Taki człowiek jest już za życia ścierwem. Ścierwem i padliną.



W książkach Marka Krajewskiego zaczytywałam się w liceum, w czasie początków tego bloga. To właśnie wtedy trafiłam na Erynie czy Festung Breslau zaczytując się w historiach umieszczonych w przedwojennym Wrocławiu, w którym wtedy mieszkałam. Przez lata miłość do twórczości Marka Krajewskiego pozostała, a książki mistrza kryminału retro zajmują szczególne miejsce w moim serduszku. Dlatego niezmiernie ucieszyłam się kiedy dowiedziałam się o nowej serii pisarza i od razu miałam okazję zdobyć i przeczytać Drogę krwi! Zapraszam na recenzję!

Tym razem opuszczamy dobrze znane ulice przedwojennego Wrocławia i przenosimy się do Wałbrzycha oraz jego okolic. Wałbrzych w wydaniu Krajewskiego w Drodze krwi nie jest jedynie tłem wydarzeń. To pełnoprawny bohater powieści – surowy, nieprzystępny, chwilami wręcz duszny. Autor z niezwykłą precyzją odtwarza klimat miasta, jego topografię, społeczne napięcia i codzienność mieszkańców. Nie ma tu pocztówkowych widoków ani romantyzowania przeszłości. Jest brud, bieda, kopalnie, strach i ludzie próbujący przetrwać w świecie, który nikogo nie rozpieszcza. W tym są znalezione brutalnie zamordowane ciała dwojga kochanków. A do tego ucieczka gangu groźnych więźniarek zwanych Wilczycami, przemyt eteru, a do tego młody adept psychiatrii Herbert Anwaldt, który od razu po przyjeździe w nieznane mu rejony zostaje wciągnięty w wir wydarzeń i w problemy górniczego, górskiego terenu. 

Po okolicznych wsiach szeptano, że przemytniczki wstąpiły na drogę krwi. Zaczęto śpiewać piosenki o Wilczycach kastrujących bandytów. O kobietach, które nie pozwalają na niesprawiedliwość. Od tego był już tylko jeden krok, by miejscowa ludność wykreowała je w swej wyobraźni na obrończynie biedaków. W Górach Wałbrzyskich zaczęła wykluwać się legenda.

Droga krwi to książka, którą  chciałam pochłonąć jak najszybciej, żeby poznać zakończenie, ale jednocześnie chciałam się nią delektować bez końca. Mam też wrażenie, że w ramach początku nowego cyklu autor siłą rzeczy poświęca sporo miejsca na przedstawienie bohaterów i świata. W żadnym wypadku nie odbieram tego jako wadę, ale jestem przekonana, że kolejne tomy będą mogły pozwolić sobie na jeszcze większy rozmach, skoro fundament został już solidnie zbudowany. Zdecydowanie największą siłą Drogi krwi pozostaje jednak klimat, który Marek Krajewski potrafi stworzyć bezbłędnie, a tutaj po raz kolejny udowadnia, że jest mistrzem literackiej atmosfery. Potrafi sprawić, że czytelnik niemal słyszy stukot końskich kopyt na brukowanych ulicach, czuje zapach kopalnianego pyłu i instynktownie ogląda się za siebie, kiedy zapada zmrok. To umiejętność, której nie da się wyuczyć z podręczników kreatywnego pisania. To trzeba umieć, a Krajewski jest w tym mistrzem.

Eberhard Mock był człowiekiem światłocienia, w którym jasne światło dobra i porządku czasem przyćmiewał mrok zła i chaosu. O ile można by w ten sposób określić pracę każdego policjanta - bo przecież stróże prawa nieustannie ocierają się o brud świata, który usiłują oczyścić - to w wypadku Mocka owo ocieranie się było dobrowolne, a co więcej, uznawał je za słuszne i konieczne.

Droga krwi nie próbuje na siłę zaskakiwać formalnymi eksperymentami ani udowadniać, że kryminał musi być dziś czymś więcej niż kryminałem. To po prostu bardzo dobrze napisana powieść retro, oparta na świetnym researchu, wiarygodnych bohaterach i konsekwentnie budowanym napięciu. Jak dla mnie – po prostu twórczość Krajewskiego w najlepszym wydaniu. Tęskno mi trochę do Wrocławia, momentami ciężko było mi się przełączyć między rozdziałami, ale nie zmienia to faktu, że jest to klasa sama w sobie – myślę, że mieszkańcom Wałbrzycha i okolic może bardziej przypaść do gustu. Nie mogę się doczekać kolejnych części tej serii.

Za egzemplarz recenzencki dziękuję Wydawnictwu Znak