Uczyniłem w życiu więcej zła niż dobra. A taki człowiek jest niewiele wart. Powiem straszniej. Taki człowiek jest już za życia ścierwem. Ścierwem i padliną.
W książkach Marka Krajewskiego zaczytywałam się w liceum, w czasie początków tego bloga. To właśnie wtedy trafiłam na Erynie czy Festung Breslau zaczytując się w historiach umieszczonych w przedwojennym Wrocławiu, w którym wtedy mieszkałam. Przez lata miłość do twórczości Marka Krajewskiego pozostała, a książki mistrza kryminału retro zajmują szczególne miejsce w moim serduszku. Dlatego niezmiernie ucieszyłam się kiedy dowiedziałam się o nowej serii pisarza i od razu miałam okazję zdobyć i przeczytać Drogę krwi! Zapraszam na recenzję!
Tym razem opuszczamy dobrze znane ulice przedwojennego Wrocławia i przenosimy się do Wałbrzycha oraz jego okolic. Wałbrzych w wydaniu Krajewskiego w Drodze krwi nie jest jedynie tłem wydarzeń. To pełnoprawny bohater powieści – surowy, nieprzystępny, chwilami wręcz duszny. Autor z niezwykłą precyzją odtwarza klimat miasta, jego topografię, społeczne napięcia i codzienność mieszkańców. Nie ma tu pocztówkowych widoków ani romantyzowania przeszłości. Jest brud, bieda, kopalnie, strach i ludzie próbujący przetrwać w świecie, który nikogo nie rozpieszcza. W tym są znalezione brutalnie zamordowane ciała dwojga kochanków. A do tego ucieczka gangu groźnych więźniarek zwanych Wilczycami, przemyt eteru, a do tego młody adept psychiatrii Herbert Anwaldt, który od razu po przyjeździe w nieznane mu rejony zostaje wciągnięty w wir wydarzeń i w problemy górniczego, górskiego terenu.
Po okolicznych wsiach szeptano, że przemytniczki wstąpiły na drogę krwi. Zaczęto śpiewać piosenki o Wilczycach kastrujących bandytów. O kobietach, które nie pozwalają na niesprawiedliwość. Od tego był już tylko jeden krok, by miejscowa ludność wykreowała je w swej wyobraźni na obrończynie biedaków. W Górach Wałbrzyskich zaczęła wykluwać się legenda.
Eberhard Mock był człowiekiem światłocienia, w którym jasne światło dobra i porządku czasem przyćmiewał mrok zła i chaosu. O ile można by w ten sposób określić pracę każdego policjanta - bo przecież stróże prawa nieustannie ocierają się o brud świata, który usiłują oczyścić - to w wypadku Mocka owo ocieranie się było dobrowolne, a co więcej, uznawał je za słuszne i konieczne.
Droga krwi nie próbuje na siłę zaskakiwać formalnymi eksperymentami ani udowadniać, że kryminał musi być dziś czymś więcej niż kryminałem. To po prostu bardzo dobrze napisana powieść retro, oparta na świetnym researchu, wiarygodnych bohaterach i konsekwentnie budowanym napięciu. Jak dla mnie – po prostu twórczość Krajewskiego w najlepszym wydaniu. Tęskno mi trochę do Wrocławia, momentami ciężko było mi się przełączyć między rozdziałami, ale nie zmienia to faktu, że jest to klasa sama w sobie – myślę, że mieszkańcom Wałbrzycha i okolic może bardziej przypaść do gustu. Nie mogę się doczekać kolejnych części tej serii.








