Pokazywanie postów oznaczonych etykietą autobiograficzne. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą autobiograficzne. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 15 września 2022

"Jedenaste nie dotykaj. Moja historia przemocy" Laura Priestess

Tytuł: Jedenaste nie dotykaj. Moja historia przemocy
Autor: Laura Priestess
Wydawnictwo: Replika
Ilość stron: 400
Ocena: 3/6

Nikt nie zadaje takich pytań, bo wszyscy wiedzą, że klepanie kobiety po pośladkach to molestowanie. Natomiast gdy mowa o dzieciach, klapsy w pupę nie gorszą, nie wywołują rumieńców.




Ostatnimi czasy chętnie sięgam po szeroko pojętą literaturę faktu, szczególnie bliska jest mi tematyka związana z molestowaniem (#metoo). Parę razy mignęła mi w blogosferze książka tego gatunku autorstwa Laury Priestess pt. Jedenaste nie dotykaj. Moja historia przemocy i to właśnie za nią postanowiłam się niedawno zabrać. Zapraszam na recenzję!

Poruszająca książka o niełatwej tematyce, spisana na podstawie przeżyć i doświadczeń autorki, która zgodziła się wpuścić czytelnika do najbardziej intymnych zakamarków swojej duszy. Autorka porusza trudny temat wpływu bicia, którego doświadczała w dzieciństwie, często w miejsca intymne, na jej późniejsze problemy z seksualnością. Dopiero kiedy dorosła, zrozumiała i uświadomiła sobie, że jako dziecko była „seksualnie dojrzałą kobietą uwięzioną w ciele małej dziewczynki”.                                                                                                              z opisu wydawcy

Jedenaste nie dotykaj. Moja historia przemocy to książka, której byłam ciekawa – w sumie byłam ciekawa losów autorki i tego jak poradziła sobie z traumą. Nie oczekiwałam względem niej niczego konkretnego, byłam po prostu ciekawa i otwarta na tę historię. Jednak muszę przyznać, że skończyłam ją z mieszanymi odczuciami. Jasne - zgadzam się z autorką, że zarówno klaps, jak i wykorzystywanie seksualne, przekraczanie granic dziecka są karygodne. Jednak miała być książka o molestowaniu, a jest o dawaniu klapsów. Ponadto całość jest napisana w sposób bardzo chaotyczny, jakby zupełnie bez planu, bez ładu czy składu, bez usystematyzowania treści. Podczas lektury odniosłam wrażenie, że autorka w kółko i wciąż powtarza jedno i to samo, w tym samym schemacie – klaps pobudza do dziecięcej masturbacji, a to w dorosłym życiu do zamiłowania BDSM. Ponadto odniosłam wrażenie, że autorka tak naprawdę nie przepracowała swojej traumy, a w swojej książce jedynie chciała wywołać do tablicy wszystkich rodziców, nauczycieli i opiekunów, którzy pochwalają klapsy, a także przedstawicieli Kościoła katolickiego, jakby właśnie to miało ją uzdrowić. Temat książki – może i ciekawy, i ważny, ale zrealizowany dość przeciętnie, a szkoda. 

Granic dziecka nie powinno się przekraczać w żadnych formach – również poprzez tak do niedawna powszechne zmuszanie do całowania na powitanie cioć i wujków. Natomiast gdy pocałunek oraz przytulenie są wyrazem troski i czułości, której dziecko oczekuje od dorosłego, jest to sprawa zupełnie innej kategorii.

Jedenaste nie dotykaj. Moja historia przemocy to książka, którą trudno ocenić jakkolwiek, ale u mnie nie wywołała żadnego efektu wow. Nowe i ważne jest w tej książce mówienie wprost o tym, że klaps jest formą molestowania seksualnego i chyba to jest najważniejszy argument za tym, żeby ją przeczytać. Jednak całość jest bardzo chaotyczna, pełna powtórzeń, ale dostrzegam w niej również pełna nieprzerobionego żalu. We mnie książka wywołała mieszane odczucia…

Ofiary przemocy seksualnej w kwestii masturbacji nie mają taryfy ulgowej. Jeśli się masturbują, to według Kościoła są grzeszni. Dochodzi tutaj do szczególnego paradoksu: dziecko lub nastoletnia osoba, skrzywdzona i wykorzystana – zostaje obarczona dodatkową traumą. Została wykorzystana oraz rozbudzona wbrew własnej woli, to sprawca popchnął ją ku masturbacji, która w wielu przypadkach ma przynieść ulgę od powracających seksualnych retrospekcji. Tymczasem to ofiara zostaje obarczona winą, wyrzutami sumienia i poczuciem grzechu, natomiast sprawca często nie ponosi żadnych konsekwencji.

sobota, 15 stycznia 2022

"Sakrament obłudy. Wspomnienia z seminarium" Robert Samborski

Tytuł: Sakrament obłudy. Wspomnienia z seminarium
Autor: Robert Samborski
Wydawnictwo: Krytyka Polityczna
Ilość stron: 280
Ocena: 5.5/6


Jestem przekonany, że lepszym duchownym byłby ktoś, kto zamiast pouczać cierpiących, że "Bóg ma w tym jakiś plan", zapłakałby razem z nimi.




Jestem osobą wierząca i nigdy tego jakoś specjalnie nie ukrywałam. Ba! Od ponad 11 lat prowadzę Dzieło Duchowej Adopcji Sióstr Zakonnych. Jednak zdecydowanie nie należę do osób fanatycznie wpatrzone w Boga czy Kościół, ale nie ukrywam również, że fascynują mnie historie najróżniejszych ludzi – również tych mniej czy bardziej związanych z Kościołem. Stąd za mną książki takie jak Gad, Żeby nie było zgorszenia czy Celibat. Na książkę Roberta Samborskiego miałam chrapkę już od dawna, praktycznie od samej premiery pozycji, Zapraszam na recenzję książki pt. Sakrament obłudy. Wspomnienia z seminarium.

Były duchowny, wyrzucony z seminarium tuż przed święceniami, opisuje jak przebiega formowanie przyszłych księży. Co jest ważne w ich nauczaniu? Czy liczy się powołanie, wiara, kontakt z bogiem, teologia, dobroć uczynność, chrześcijańska miłość? Czy naprawdę może chodzić tylko i wyłącznie o posłuszeństwo? Bo jak mówią w seminarium - ksiądz ma mieć BMW i być BMW – Bierny, Mierny, ale Wierny. Robert Samborski odsłania obłudę najstarszej instytucji religijnej. Z jego wstrząsających wspomnień dowiecie się nie tylko, jak wygląda pedagogika wg Jana Pawła II w praktyce, ale też jak dobierani i kształtowani są przyszli pasterze.                                                                                                                                                opis wydawcy

Sakrament obłudy. Wspomnienia z seminarium to książka będąca wspomnieniami autora ze swojego sześcioletniego pobytu w legnickim seminarium. Całość opisuje życie w szkole dla kapłanów od samego początku – autor rok po roku opisuje czego doświadczył w czasie swojej bytności w seminarium. Z racji, że są to własne przeżycia autora, a nie jakieś szeroko skrojone badania nad seminariami w całej Polsce – całość jest subiektywnym spojrzeniem, ale uważam, że bardzo ciekawym i równie ważnym.  Pozycja jest napisana w sposób bardzo lekki i przyjemny w odbiorze – taki wręcz gawędziarski, a ponadto podzielona na niezbyt długie rozdziały opowiadające o poszczególnych etapach. W swojej książce autor opisuje również skąd w młodych chłopakach bierze się chęć wstąpienia do seminarium, skąd się biorą powołania, a także po co klerycy jeżdżą w wakacje na obozy, kolonie czy rekolekcje oazowe (i nie są to wcale dwuznaczne zabawy z dziećmi).

Księża wychodzą z seminarium nauczeni, że wszelka praca świecka, a zwłaszcza fizyczna, nic nie jest warta. Nie mają bladego pojęcia, co to znaczy pracować przez osiem lub więcej godzin na swoje utrzymanie.

Sakrament obłudy. Wspomnienia z seminarium to moim zdaniem książka bardzo ważna i potrzebna. Nie chodzi tu o oczernianie Kościoła czy księży, a o zupełnie inne spojrzenie, burzące jednocześnie dwa różne obrazy księży – zarówna kapłana jako świętość i autorytet, a także księdza pedofila. Spojrzenie subiektywne, ale moim zdaniem bardzo ciekawe i warte uwagi. Osobiście szczerze i zdecydowanie polecam – nie tylko osobom niewierzącym czy antyklerykalnym, a także (może nawet szczególnie) osobom wierzącym, którzy często są wpatrzeni w kapłanów jak w obrazki. Osobiście byłabym również ciekawa trochę szerszego spojrzenia, zdania innych kleryków, doświadczeń z innych seminariów, ale to kosztowałby więcej czasu i wysiłku nad przeprowadzeniem badań czy spisaniem takiej książki. Nie zmienia to faktu, że książka jest naprawdę ciekawa i warta polecenia. 

Przez całe sześć lat seminarium nikt nie zapyta cię, czy w ogóle jesteś wierzący. Ważne jest tylko to, ile zysków przysporzysz korporacji. Nie musisz wierzyć w Boga, żeby być księdzem. Powiem więcej, w kapłaństwie wiara w Boga bardziej przeszkadza niż pomaga. Masz wtedy tyle niepotrzebnych skrupułów! Ale spokojnie – seminarium skutecznie cię od nich uwolni.

Książka bierze udział w

czwartek, 11 lutego 2021

"Kato-tata. Nie-pamiętnik" Halszka Opfer

Tytuł: Kato-tata. Nie-pamiętnik
Autor: Halszka Opfer
Wydawnictwo: Czarna Owca
Ilość stron: 200
Ocena: brak oceny/poza skalą



Gdybym wtedy natrafiła na odpowiednią książkę czy artykuł, gdybym wiedziała, że mam prawo się bronić- pewnie wyzwoliłabym się spod władzy ojca i moje życie wyglądałoby zupełnie inaczej.



Temat molestowania jest mi bliski, choć niekoniecznie chciałabym by taki był… O czym niejako wspominałam przy recenzji książki pt. Molestowane. Dotknęło mnie to na nieszczęście (#MeToo), choć - na szczęście - przez nikogo z rodziny. Dlatego chętnie sięgnę po kolejną książkę w tym temacie, żeby poznać kolejne historie jednej z nas, molestowanych. Dlatego też wzięłam się za książkę pt. Kato-tata. Nie-pamiętnik autorstwa Halszki Opfer, co jest tylko pseudonimem autorki (z niemieckiego opfer – ofiara).

Kato-tata odsłania tabu, dotyka wrażliwego ciała wykorzystywanego dziecka, które nie szuka nigdzie pomocy a jątrzące rany nie goją się i roznoszą w nieskończoność, również na ciele i duszy dorosłej kobiety. Niechętnie rozmawiamy o molestowaniu dzieci, a już na pewno za wszelką cenę unikamy odnośników do osobistych doświadczeń naszych rozmówców, jakby bojąc się, że niechcący poruszone wspomnienia zaczną cuchnąć. Dlatego tak ważne jest, żeby to dziecko zaczęło krzyczeć, żeby wykrzyczało z siebie tę traumę, poczucie winy i strach. W Kato-tacie dziecko właśnie krzyczy, prostym, zwykłym językiem, wypranym z zawiłości literackiego stylu. Dopóki ten niezrozumiały ból siedzi cicho, dziecko będzie nadal cierpieć, choćby miało sto lat.                                                                                opis wydawcy

Kato-tata. Nie-pamiętnik jest książką autobiograficzną, którą czyta się trudno, kiedy jest się czytelniczym świadkiem tych wszystkich doświadczeń. Mogę się tylko się domyślać jak trudne dla autorki było spisywanie tych wszystkich traumatycznych przeżyć, bo czasem aż trudno uwierzyć, że to wszystko wydarzyło się naprawdę. Nie ma co się dziwić, że spisywanie tego wszystkiego zajęło autorce aż szesnaście lat. Przerażający jest fakt wykorzystywania dziecka przez ojca, ale chyba jeszcze bardziej przerażająca jest nieobecność i obojętność (wręcz oziębłość) matki. Przerażający jest brak edukacji seksualnej i brak jakiegokolwiek wsparcia. Nie wiem czy wszystkie opisane w książce paskudne i haniebne czyny wydarzyły się naprawdę (np. molestowanie/gwałty przez księdza, lekarza czy sędziego – osób poza ojcem) – nie mnie oceniać ich prawdziwość, ale jedocześnie wcale nie deprecjonuję przeżyć autorki. Halszka Opfer wiele z owych aktów opisała w sposób bardzo obrazowy, przez co we mnie samej rodził się wewnętrzny bunt i niezgoda na takie zachowania (choć sama byłam molestowana – tylko raz, w wieku 14 lat, nikt z rodziny i mam już to przepracowane).

Od początku mojego życia tatuś umiejętnie urabiał mnie na swoją ofiarę. Zaprogramował mnie, abym spełniała jego wolę. Czułam wewnętrzny przymus słuchania jego poleceń. Moje życie toczyło się wokół jego seksualnych zachcianek. Istniałam po to, aby je spełniać.

Kato-tata. Nie-pamiętnik to książka, którą zostawiam bez oceny. Jest zbyt trudna, ale jednocześnie naprawdę warta przeczytania i sięgnięcia. Pozycja porusza głęboko ukryte struny, wzbudza emocje, pokazuje ogrom cierpienia... Warto przeczytać dla samej historii. Jest jeszcze druga część tej opowieści pt. Monidło. Życie po Kato-tacie, która już na mnie czeka na czytniku.

Dzieciństwo może różnie smakować; może być słodkie i przepyszne jak ciastko lub lody czekoladowe, może być niezbyt cukierkowe, ale „pożywne” jak kromka chleba z masłem, ale może też być jak garść gwoździ – ostre, zimne i nie do przełknięcia!

 

wtorek, 9 lipca 2019

"Będzie bolało. Sekretny dziennik młodego lekarza" Adam Kay

Tytuł: Będzie bolało. Sekretny dziennik młodego lekarza
Autor: Adam Kay
Wydawnictwo: Insignis
Ilość stron: 312
Ocena: 5.5/6


Elementarna znajomość psychologii (i odrobina zdrowego rozsądku) nakazywałaby jednak raz na jakiś czas nagrodzić lub przynajmniej pochwalić swoich podwładnych, choćby tylko po to, by zmotywować ich do jeszcze lepszej pracy.





Mój tato jest lekarzem, więc od dziecka w jego opowieściach przewijało się mnóstwo opowieści związanych z jego pracy – ze szpitala, z przygodni, z karetki. Opowieści o stwierdzaniu zgonu mężczyzny, który powiesił się w stodole albo proboszcza sąsiedniej parafii, który zmarł we śnie. Opowieści o 36-godzinnym dniu pracy, nauce do specjalizacji po 24-godzinnych dyżurach czy telefonach pacjentów o każdej porze dnia i nocy (dosłownie). Zupełnie nie pamiętam mojego Taty bez podkrążonych oczu. Właśnie dlatego byłam ciekawa książki Adama Kay’a pt. Będzie bolało. Tym bardziej mnie ciekawiła z racji tego, że jest to książka oparta na jego własnych doświadczeniach, ale też byłam ciekawa jak wygląda służba zdrowia i edukacja w tym kierunku w Wielkiej Brytanii, skąd pochodzi autor. 
Witaj w świecie 97-godzinnych tygodni pracy. W świecie decyzji o życiu i śmierci. W świecie nieustannego tsunami płynów ustrojowych. W świecie, w którym zarabiasz dziennie mniej niż szpitalny parkometr. Pożegnaj się z przyjaciółmi i bliskimi związkami… Witaj w świecie lekarza stażysty.

Spisana potajemnie po niekończących się dyżurach, bezsennych nocach i pracujących weekendach książka komika i byłego stażysty Adama Kaya to dotkliwie szczery opis czasu, który spędził na linii frontu brytyjskiej służby zdrowia. Na zmianę zabawne, przerażające i wzruszające zapiski omawiają wszystko, co chcieliście wiedzieć – i sporo rzeczy, o których wolelibyście nie wiedzieć – o życiu lekarzy na oddziale i poza nim. Uwaga, lektura może pozostawić blizny.
                                                                              opis Wydawcy
Będzie bolało. Sekretny dziennik młodego lekarza jest książką w chyba mojej ulubionej formie – w postaci dziennika. Bardzo lubię pierwszoosobową narrację, a w formie pamiętnika – szczególnie. Książka opowiada o wszystkich urokach życia lekarza, szczególnie młodego – 24-godzinnych (i dłuższych) dyżurach w szpitalu za najniższą krajową, o dziwnych, przerażających czy zabawnych sytuacjach związanych z pacjentami (np. wymaganie wypisu ze szpitala o 3 w nocy), o dylematach moralnych lekarzy czy o ich życiu towarzyskim (a w zasadzie jego braku. W tym wszystkim naprawdę widać, że jest to książka autobiograficzna – wszystko jest opisane w sposób naprawdę autentyczny i wiarygodny, ale jednocześnie naprawdę przezabawnie. Autor szanując prywatność swoich pacjentów – opisywał ich przypadkowymi inicjałami, a swoich znajomych i współpracowników – imiona lub nazwiska postaci z cyklu o Harry’m Potterze. Naprawdę ciekawy pomysł. Jak już wspominałam – pozycja napisana jest w naprawdę zabawny sposób, choć to lekko przerażające czytać o ciężkim porodzie z takim humorem. Książka jest napisana w naprawdę lekki sposób i myślę, że może trafić naprawdę do szerokiego grona. Jako dziecko lekarza, które od małego obserwuje to środowisko – potwierdzam, że to jest całkiem normalne, że zdarzają się takie rzeczy w praktyce lekarskiej. Jednak fajnie, że jest to opisane w sposób naprawdę autentyczny, nie wyolbrzymiający wydarzeń, ale jednak z dość sporym poczuciem humoru – a to wszystko jednak zrobione ze smakiem.
Według jednego z lekarskich przesądów nie należy nigdy mówić, że wasz dyżur jest „spokojny”. Tak samo jak nie należy mówić „powodzenia!” aktorowi tuż przed spektaklem czy „spierdalaj” Mike’owi Tysonowi.
Będzie bolało. Sekretny dziennik młodego lekarza jest książką zdecydowanie wartą przeczytania. Jest to pozycja, która otwiera oczy, pokazuje prawdziwe, codzienne życie lekarzy, szczególnie tych młodych (potwierdzone wspomnieniami Taty i jego kolegów). Myślę, że jest to lektura dla wszystkich, zdecydowanie. Moim zdaniem każdy ją powinien przeczytać, szczególnie każdy kto uważa, że każdy lekarz to konował, patałach i łapówkarz. Ta książka pozwoli zobaczyć, jak wygląda cały etap tzw. dorabiania się, czyli wszystkie staże, praktyki i robienie specjalizacji. 
Nie jestem też pewien, skąd miałbym wziąć te dwie dodatkowe godziny dziennie- musiałbym albo porzucić moje niepoważne hobby, to znaczy sen, albo zrezygnować z czasochłonnych dojazdów do pracy i zamieszkać w szpitalnym schowku na szczotki.
Mam jeden apel – zanim nazwiesz swojego lekarza konowałem, niedouczonym patałachem czy zadufanym w sobie niewdzięcznikiem – pomyśl ile czasu ten człowiek poświęca czasu dla pacjentów, ile czasu poświęcił na swoją edukację . To, że lekarz się spóźnił, wcale nie oznacza, że zaspał czy zapił, ale na przykład ogarnia innego pacjenta, który jest w gorszym stanie. To, że lekarz jest opryskliwy, wcale nie oznacza, że jest skończonym chamem – może właśnie kończyć 36-godzinny dyżur i może być zwyczajnie wykończony. Z czym się wiąże łapówkarstwo? Chociażby z tym, że z tym kraju tyle samo się płaci kasjerowi w supermarkecie co  absolwentowi w medycyny przez pierwsze 10 lat po studiach. Odpowiedzialność za drugiego człowieka? Nieporównywalnie większa niż w supermarkecie, prawda? Koniecznie, przeczytaj tę książkę. Córka lekarza, która zna środowisko – mówię, że znam naprawdę wielu lekarzy, różnych specjalizacji. Każdy przeżył wiele – od samego dostania się na medycynę (wiem, jak trudno, bo sama próbowałam – te 90% na maturze), przez same studia (wykańczają człowieka), poprzez robienie specjalizacji. Prawda jest taka, że mając skończoną medycynę – przez pierwsze 10 lat jest się przysłowiowym przynieś, podaj, pozamiataj...

sobota, 11 marca 2017

"Alkohol, prochy i ja" Barbara Rosiek

Tytuł: Alkohol, prochy i ja

Autor: Barbara Rosiek

Wydawnictwo: Mawit Druk
Ilość stron: 162
Ocena: 4/6



A jutra od nowa uchleję się codziennością i obudzę się z kacem życia.





Barbara Rosiek... Postać – legenda. Naczelna Narkomanka Polski jak mówi sama o sobie. Wikipedia opisuje ją jako psycholog kliniczna, pisarka i poetka. Sama darzę tę postać sporą sympatią i ogromnym szacunkiem, dlatego właśnie postawiłam sobie za cel przeczytać wszystkie książki, które wydała. No i właśnie dlatego jak zobaczyłam na bibliotecznej półce Alkohol, prochy i ja – od razu zgarnęłam ją do wypożyczenia.
Kolejna książka Barbary Rosiek, w której autorka przedstawia trudną drogę wychodzenia z nałogu alkoholowego. Stanowi przestrogę dla wszystkich, którzy nie wiedzą, czym może stać się przysłowiowy - kieliszek. "Kiedyś pijałam gin z tonikiem, później koniak z coca-colą, teraz spiryt z sokiem pomarańczowym.”
                                                                            opis wydawcy

Alkohol, prochy i ja to nie jest książka łatwa. Podejmuje jednoczesny problem uzależnienia od napojów wyskokowych oraz prochów wszelkiego rodzaju. Autorka pisze w niej prostym językiem, krótkimi akapitami, a wszystko oddaje tragedię uzależnienia i pozwala wczuć się w rolę bohaterki. W między owe krótkie fragmenty są także wpisane wiersze Barbary Rosiek, a mi osobiście najbardziej spodobał się ten zamieszczony na samym początku książki.
Umiałam się dogadać jedynie z tymi, którzy akceptowali mnie całkowicie. Niewielu ich było, ale zawsze znalazła się dobra dusza, która choć na jakiś czas wytrzymywała mój obłęd. Potem odchodziła jak inni.

Czy polecam Alkohol, prochy i ja? Oczywiście, ale jednak spodziewałam się czegoś lepszego. Nie mówię, że jest zła... Podejmuje ważny temat, ale mogło by być lepiej. Książeczka jest cieniutka, więc jej lektura nie potrwa długo, a nie będzie to czas zmarnowany;)



piątek, 12 sierpnia 2016

"Niewidzialne granice" Kilian Jornet Burgada

Tytuł: Niewidzialne granice
Autor: Kilian Jornet Burgada
Wydawnictwo: Sine Qua Non
Ilość stron: 235
Ocena: 3.5/6




Waga, którą czemuś przypisujemy, jest definiowana przez ustępstwa, na jakie jesteśmy gotowi pójść, żeby to osiągnąć.





Mieszkam zdecydowanie bliżej gór nich niż morza, więc automatycznie to właśnie te rejony odwiedzam częściej i darzę jakąś większą sympatią.. Sportowiec ze mnie marny, a typowy alpinista to tym bardziej, jednak opis na okładce książki Kilianaa Jorneta Burgda bardzo mnie zaintrygował i z wielką chęcią sięgnęłam po Niewidzialne granice.
Druga książka wybitnego biegacza długodystansowego, skialpinisty i kolarza górskiego Kiliana Jorneta. W 2012 roku Jornet i jego wieloletni górski kompan Stephane Brosse przeprawiali się przez Masyw Mont Blanc. Przejście zakończyło się tragicznie. Śmierć Brosse’a odcisnęła piętno na życiu Kiliana: bezradny i dręczony wyrzutami sumienia postanowił poszukać ukojenia w tym, co kocha najbardziej – w górach. Porzucił wszystko i wszystkich, by w najodleglejszych szczytach Nepalu odnaleźć spokój. 
                                                                                                              opis z okładki

Niewidzialne granice to na poły oparta na faktach opowieść, na poły wymyślona historia... Zabierając się za nią oczekiwałam wyznań alpinisty, jego przemyśleń, a dostałam bardziej poetycką książkę o podróży życia i pogodzeniu się ze stratą przyjaciela. Jest to książka trochę w klimacie Trzech mądrych małp Łukasza Grassa czy pozycji Murakamiego pt. O czym mówię, kiedy mówię o bieganiu. Jest w niej dużo życiowych refleksji, o wiele więcej opisów emocji, aniżeli samych podróży. Napisana w sposób dość prostu, w taki jakby mówiony sposób, jakby to była opowieść snuta przy ognisku. Bardzo fajną rzeczą w tej pozycji są zdjęcia z wypraw zamieszczone mniej więcej w połowie książki – naprawdę super! Generalnie trudno mi napisać coś o Niewidzialnych granicach... Skończyłam ją z mieszanymi odczuciami, nie wiedząc co o niej sądzić... Podobało mi się kilka myśli, kilka obserwacji autora... Jednak nie wiem na ile sama książka zapadnie mi w pamięć... 
To jest Życie, to uczucie, ta niekontrolowana irracjonalność, która mówi mi, żebym wspinał się tam, wysoko, abym mógł być szczęśliwy, żebym zostawił za sobą bezpieczeństwo, by być tym, kim jestem, bym pewnego dnia mógł powiedzieć moim dzieciom, że żyłem, ponieważ marzyłem o szaleństwach i za nimi podążałem.
Czy polecam Niewidzialne granice? Dla tych kilku refleksji warto sięgnąć, ale uważam, że nie jet to jakieś arcydzieło powalające na kolana... Może kiedyś sięgnę po pierwszą książkę autora pt. Biec albo umrzeć, ale nie wiem kiedy i na ile będzie mi do niej śpieszno...
Na wysokości znikają maski i wtedy widać prawdziwą osobę. Nie ma możliwości, aby być kimś innym niż tym człowiekiem, którego nosimy w środku i którego w wielu przypadkach nawet nie znamy. Na ośmiu tysiącach metrów wszystko znika, a zostają tylko mięśnie i doświadczenie
Za możliwość przeczytania książki dziękuję Wydawnictwu Sine Qua Non


środa, 4 maja 2016

"Mamusiu dlaczego?" David Thomas

Tytuł: Mamusiu dlaczego?
Autor: David Thomas
Wydawnictwo: Hachette
Ilość stron: 288
Ocena: 4,5/6



Dlaczego pozwoliłaś, żeby męczyły mnie pytania, na które nigdy nie poznam odpowiedzi?







Książki z serii Pisane przez życie porusza wiele serc – także i ja czasami lubię po nie sięgnąć. Właśnie dlatego pewnego dnia zgarnęłam z bibliotecznej półki pozycję pt. Mamusiu dlaczego?

David Thomas opisuje swoje życie od wczesnego dzieciństwa, od czasów kiedy miał pięć lat i zaczęło się jego seksualne wykorzystywanie przez swoją mamę. Wszystko działo się wtedy, kiedy była ona pod wpływem alkoholu, a rano nie pamiętała już niczego. Autor książki – David Thomas – teraz jest mistrzem świata w zapamiętywaniu,a ponadto jednym z wielu rekordzistów Guinnessa, jednak w tej pozycji zmierzył się ze swoim bolesnym dzieciństwem. Jak sobie z tym poradził? Jak zakończyła, rozwiązała się jego relacja z mamą?

Mamusiu dlaczego? to poruszająca opowieść, a bardzo ciekawe jest to, że jednocześnie narratorem książki, jest jej autor David Thomas. Opisuje on w bardzo ciekawy sposób to, co go spotkało, jego relację z matką, swoje myśli oraz odczucia. Lekturę trudno nazwać przyjemną, ale jednak jest bardzo pouczająca. Jest to także pozycja dodająca nadziei, że nawet po największym cierpieniu i bardzo trudnym dzieciństwie można wyjść na prostą. Autor pokazuje skutki nadużywania alkoholu, jak to może odbić na całej rodzinie, szczególnie na dziecku. A książka przełamuje także stereotyp tego, że pedofil to mężczyzna – pokazuje, że czynów pedofilskich może dokonać także kobieta.
Zazwyczaj jesteś najlepszą mamusią na świecie. Tylko czasem się zmieniasz. Robisz się zła i zmuszasz mnie do rzeczy, których nie rozumiem. Dlaczego nie możesz przepędzić Mrocznej Mamusi? Boję się jej. Nie widzisz, co ona robi? Nie widzisz, do czego mnie zmusza? Czemu udajesz, że nic nie wiesz?
Mamusiu dlaczego? To zdecydowanie książka godna przeczytania. Pouczająca, wzruszająca, mądra, godna polecenia. Tylko osoby o słabych nerwach mogą mieć dreszcze.

środa, 23 marca 2016

"Fatalne zauroczenie" Kay Schubach

Tytuł: Fatalne zauroczenie
Autor: Kay Schubach
Seria: Pisane przez życie
Wydawnictwo: Hachette
Ilość stron: 320
Ocena: 3/6



Poznałam tego człowieka zaledwie wczoraj. Wydawało mi się, że widzi, dokąd idę, czego pragnę, że weźmie mnie za rękę i poprowadzi prosta drogą do realizacji moich marzeń.




Zawsze z chęcią sięgałam po książki z serii Pisane przez życie. Nie należą one do mojego ulubionego gatunku, ale od czasu do czasu z niezmierną przyjemnością sięgam po pozycje z tego cyklu. Tym razem podczas ostatniej wizyty w bibliotece zgarnęłam z półki Fatalne zauroczenie.

Książka opowiada historię autorki, Kay Schubach, która miała praktycznie wszystko – mieszkanie, kochającego partnera, ciekawą pracę, a do szczęścia brakuje jej praktycznie tylko dziecka... Pewnego dnia w kawiarni poznaje mężczyznę – pewnego siebie, pociągającego, szastającego pieniędzmi... Traci dla niego głowę, rozstaje się partnerem, zostawia wszystko... Jednak okazuje się, że nowo poznany mężczyzna skrywa w sobie wielkie pokłady zaborczości oraz agresywności. Jak Kay sobie z tym poradzi? Co się stanie z tym związkiem?

Fatalne zauroczenie to książka, po którą sięgnęłam w bibliotece pod wpływem kompletnego impulsu. Kiedy zabrałam się za czytanie – pochłonęłam ją dość szybko... A skończyłam z mieszanymi uczuciami. Historia przykra, nie przeczę... Aczkolwiek momentami irytowała mnie wielka naiwność bohaterki i autorki jednocześnie. Podczas lektury wyraźnie apodyktyczne zachowania, mężczyzny, który ją uwiódł. Zachowania, które mi osobiście zdecydowanie dałyby do myślenia przed jakimkolwiek podążaniem za taką osobą... Sama historia.... Hmmm... Naprawdę bardzo naiwna. Język, jakim jest napisana ta książka, jest taki przeciętny, nie wyróżniający się w żadną stronę. Takie książki są potrzebne po to, żeby przestrzec kobiety przed niezbyt mądrymi decyzjami, przed naiwnością... Jednak mi jest ciężko mi jest ocenić tę pozycję – miotam się pomiędzy samą książką, która nie powaliła mnie na kolana, a szacunkiem dla autorki, że jednak (mimo swojej naiwności) uwolniła się z sideł apodyktycznego kochanka.

Podsumowując – książka po prostu przeciętna... Historia niezbyt wstrząsająca, a może irytować naiwnością. Czy polecam Fatalne zauroczenie? Wydaje mi się, że osobom, które lubią takie historie zdecydowanie się spodoba... Pozostałym niekoniecznie. Nie doda siły ani zbyt wiele nadziei... 

Książka bierze udział w wyzwaniu Pod hasłem

środa, 9 marca 2016

"Kraina Prozaca" Elizabeth Wurtzel

Tytuł: Kraina Prozaca
Autor: Elizabeth Wurtzel
Wydawnictwo: Amber
Ilość stron: 288
Ocena: 5,5/6


Ale depresja jest nudą w czystej postaci. Terminu "depresja" używa się i nadużywa ostatnio, ale nigdy w związku z czymś dzikim, szalonym, nigdy w odniesieniu do kogoś, kto przetańczył całą noc z abażurem na głowie, a potem poszedł do domu i się zabił.




Ostatnio coraz bardziej interesują mnie książki o tematyce psychologicznej. Właśnie dlatego sięgnęłam już po książki takie jak Twarze depresji czy Psychologia odżywiania się. Postanowiłam zabrać się za kolejną pozycję dotykającą tematu depresji, więc dlatego zaczęłam czytać Krainę Prozaca.

Kraina Prozaca to autobiograficzna opowieść amerykańskiej dziennikarki i pani adwokat, która przez lata zmagała się z jedną najmroczniejszych chorób cywilizacyjnych – depresją. Opisuje swoją walkę, swoje oczekiwania względem ludzi, swoje zachowania, myśli, odczucia... Gdy kobiecie brak siły, kiedy czuję tęsknotę za bliskością, czułością, akceptacją – lekarstwem okazuję się Prozac, będący jednym z pierwszych antydepresantów... Okazuje się być on lekarstwem dla coraz większej ilości ludzi...
W życiu jest jest miejsce na smutek, ból i rozpacz, które to stany – w stosownym natężeniu i w stosownej fazie życia – są normalne, nieprzyjemne, ale normalne. Depresja jest zjawiskiem zupełnie odmiennym, wywołuje kompletną pustkę bez uczuć, bez reakcji, bez zainteresowań. Ból, jaki odczuwasz, jest wynikiem prób podejmowanych przez naturę wypełnienia czarnej dziury. Tak czy owak człowiek dotknięty depresją pozostaje żywym trupem.
Kraina Prozaca zdecydowanie nie należy do książek ani łatwych, ani przyjemnych. O ile w Twarzach depresji widzimy metodyczne, naukowe podejście do sprawy, tutaj nie ma uczonych nazw czy terminów, a dużo więcej opisanych emocji, uczuć, wizji... Często czarnych, mrocznych, przerażających, przygnębiających i przeszytych beznadzieją. Jednocześnie są one bardzo prawdziwe, pokazujące to, jak naprawdę odczuwa osoba chora na depresję, jak wygląda jej świat, jak ona wszystko postrzega. Napisana dość prostym językiem, bardzo zrozumiałym, ale nie postrzegam tego jako wady, lecz bardziej jako zaletę ku zrozumieniu zawiłych procesów myślowych osoby cierpiącej na depresję. Książka jest napisana w narracji pierwszoosobowej, co jeszcze potęguje odczucia czytelnika, zbliża się do narratorki tej czarnej opowieści... 
Odnoszę wrażenie, że nie ma lekarstwa na depresję, że szczęście jest wieczną walką, i zastanawiam się, czy nie jest to przypadkiem walka, którą będę toczyła póki życia. Zastanawiam się czy warto. Boję się, że nie utrzymam fasady, odpadnie ze mnie tynk i zacznę prześwitywać.
Zdecydowanie polecam Krainę Prozaca, szczególnie osobom, które miały to szczęście, że nigdy nie spotkały się z depresją, ani w życiu swoim ani swoich bliskich. Przede wszystkim poznać, to jak osoba chora postrzega świat. Ludzie cierpiący lub stykający się z tą chorobą mogą poczuć, że w swoim cierpieniu, nie są sami... Jednak ostrzegam – można się zdołować...

wtorek, 6 października 2015

"Christiane F. Życie mimo wszystko" Christiane Felscherinow

Tytuł: Christiane F. Życie mimo wszystko
Autor: Christiane Felscherinow
Wydawnictwo: Wydawnictwo Iskry
Ocena: 4/6


Dziś nawet domorośli psychologowie wiedzą, że dzieci, które najbardziej dokazują w klasie  i zmyślają najbardziej niewiarygodne historie, w gruncie rzeczy szukają pieszczoty i kogoś, kto naprawdę zainteresuje się tym, co im się przydarza. Niestety większość nauczycieli tego nie rozumie.





Historię Christiane F. poznałam już jakiś czas temu w książce pt. My, dzieci z dworca ZOO. Zresztą któż nie czytał tej książki? Chyba każdy miał z nią kontakt… 35 lat później ukazała się jej opowieść dotycząca kolejnych jej losów, z którą miałam przyjemność się zapoznać, a nosi ona tytuł Christiane F. Życie mimo wszystko.

My, dzieci z dworca ZOO zakończyła się w sposób otwarty i niedopowiedziany, przez co byłam naprawdę niezmiernie ciekawa co takiego nadal się działo z kobietą… Czy wyszła z uzależnienia? Jak ułożyło się jej życie? Tak naprawdę Życie mimo wszystko to jest jej opowieść o sile przetrwania, o sile walki, o wzlotach i upadkach….  O relacjach z synem, o dorosłości, o piętnie narkotyków… Jak to wszystko wygląda?

Książki to dla mnie rodzaj autoterapii. W wyobraźni jestem wolna, nie ma tam żadnych ograniczeń ani obowiązków, mogę robić, co chcę, i pozwalać innym na to samo, nikomu nie sprawiam zawodu. To mi dobrze robi. Faktycznie uważam, że ciało ma się dobrze, kiedy dusza jest zdrowa, i na odwrót. Lektura mi pomaga. Ale to przyjemne uczucie znika, gdy tylko historia się skończy. Wtedy cała moja mizeria wychodzi na pierwszy plan.
Zupełnie nie wiedziałam czego mogę się spodziewać po książce Christiane F. Życie mimo wszystko, naprawdę… Nie wiedziałam czy trafię na kolejne narkotyczne ekscesy czy na poukładane, poważne życie… Zaczęłam ją czytać pełna niepewności i ciekawości… Muszę przyznać, że zupełnie nie tak sobie wyobrażałam. Jest to książka zdecydowanie mocna, będąca przestrogą dla wszystkich uważających, że narkotyki to tylko niewinna zabawa. Książka mądra, poruszająca oraz wciągająca. Napisana w sposób naprawdę fascynujący, przekonujący, choć wywołuje mniej emocji, aniżeli My, dzieci z dworca ZOO, jednak wciąż ma ich w sobie wiele… Książka nie jest obszerna, ale niesie ze sobą dużą dawkę emocji, przemyśleń, przekazanych doświadczeń autorki.a... Moim zdaniem właśnie tego typu pozycje powinny być lekturami obowiązkowymi w szkołach. Jednak szkoda, że nie są… Napisana językiem prostym, takim mówionym – w końcu tak właśnie powstawała - podczas rozmowy. Muzę przyznać, że taki sposób bardzo pasuje do tego typu książki.
Niestety większość nie zna żadnego umiaru, Bo nigdy ich nie nauczono reguł zachowania. Najczęściej mieli zawsze czegoś za dużo albo zdecydowanie za mało: za mało uwagi matki, za dużo fizycznej bliskości ze strony przybranego ojca, za mały dystansu w stosunku do problemów rodziców, zbyt wiele wewnętrznej pustki; za dużo złych przykładów, za mało okazji, żeby się z tego wydostać; za mało pieniędzy, żeby bawić się z innymi dziećmi na letnim obozie albo, przeciwnie, za dużo kasy co sprawiło, że musieli się zbuntować i uwolnić od tego wszystkiego.
Muszę przyznać, że po Życie mimo wszystko sięgnęłam głównie z sentymentu do My, dzieci z dworca ZOO. Choć w porównaniu z nią ta wypada gorzej, jednak nie zmienia to faktu, że jest to książka mocna i poruszająca. Zdecydowanie warta przeczytania!!!

czwartek, 6 sierpnia 2015

"Autobiografia" Agatha Christie

Tytuł: Autobiografia
Autor: Agatha Christie
Wydawnictwo: Wydawnictwo Dolnośląskie
Ilość stron: 480
Ocena: 6/6



Obejrzenie lub usłyszenie czegoś w niewłaściwym czasie to jeden z największych błędów, jakie się popełnia w życiu.







Agatha Christie to postać znana na całym świecie dzięki swoim kryminałom, których stworzyła całe mnóstwo oraz wykreowanym przez siebie postaciom – Herculesowi Poirotowi oraz Pannie Marple, które już miałam okazję poznać. Teraz postanowiłam bardziej poznać samą Królową kryminału dzięki jej Autobiografii.

Uwielbiam żyć. Bywam czasem okropnie zrozpaczona, bardzo nieszczęśliwa, udręczona smutkiem, ale przy tym wszystkim wiem z całą pewnością, że cudownie jest żyć. 

Jaka naprawdę była Agatha Christie? Jak wyglądało jej życie? Jakie przeboje i przygody ją spotkały? Jak powstawały największe dzieła wśród kryminałów? Na te i inne pytania odpowiedź można znaleźć w Autobiografii Królowej kryminału.

Najsmutniejsza w życiu, najtrudniejsza do zaakceptowania jest świadomość, iż nie zdołamy oszczędzić cierpienia ukochanej osobie.

Autobiografia to dość spore tomiszcze z uśmiechniętą Agathką na okładce, a za jej lekturę zabrałam się ciekawa życia, jakie wiodła pisarka...  Szczególnie, że jest ono opisane przez nią samą (w końcu autobiografia;). Pozycja jest napisana w sposób naprawdę lekki i bardzo przyjemny w odbiorze, a czytało mi się ją z nieskrywaną przyjemnością. Agatha naprawdę postarała się o porządne opisy – dokładne, rzetelne, oddające doskonale epokę, w której żyła, wszystko co zapamiętała. No i naprawdę udane opisy ludzi, jakich spotykała na swojej drodze, z jakimi żyła i obcowała. W książce urzekły mnie także przemyślenia jakimi dzieliła się autorka, obserwacje, jakimi dzieli się z czytelnikiem, a także spora dawka zdjęć z różnych okresów życia pisarki. Zaskoczyła mnie dokładność, z jaką autorka opisała wiele szczegółów swoich dziecinnych zabaw, przedmiotów codziennego użytku... Warto nadmienić, że Agatha Christie pisała tę książkę przez 15  lat... Właśnie chyba przez to jest taka dopracowana.

Za jedną z najbardziej intrygujących rzeczy w życiu uważam to, że bierzemy udział w czymś, czego zupełnie nie rozumiemy.

Autobiografia Aghaty Christie to książka obszerna, taka, którą czyta się długo, chłonie się ją, jej atmosferę... Naprawdę warto po nią sięgnąć, zapoznać się z życiem Królowej... Po prostu perfekcyjnie napisana autobiografia.

W życiu ma się dwie kategorie przyjaciół. Do pierwszej zaliczają się ci, którzy pochodzą z twojego otoczenia i z którymi wspólnie się coś robi. Przypominają staromodnego tanecznego węża- przychodzą i odchodzą z twojego życia, a i ty przychodzisz i odchodzisz z ich życia. Jednych pamiętasz, innych zapominasz. Druga kategoria obejmuje przyjaciół z wyboru- nie bywa ich zbyt wielu- których łączy prawdziwe wzajemne zainteresowanie i, którzy zazwyczaj pozostają przy tobie przez całe życie, jeśli tylko pozwolą na to okoliczności.

sobota, 31 stycznia 2015

"Pamiętnik narkomanki" Barbara Rosiek

Tytuł: Pamiętnik narkomanki
Autor: Barbara Rosiek
Wydawnictwo: Mawit Druk
Ilość stron: 304
Ocena: poza skalą



Bo narkomani mają piekło na ziemi, czyściec przechodzą w momencie śmierci, cała trucizna uwalnia się w ostatnim oddechu. I potem mają swoją wymarzoną, wyczekaną i wyćpaną szczęśliwość.





Pamiętam jak po raz pierwszy sięgnęłam po Pamiętnik Narkomanki mając trzynaście lat. To był koniec podstawówki, kiedy zdecydowanie nie lubiłam się z moją ówczesną klasą, a przerwy spędzałam albo w bibliotece albo schowana w kącie z książką. Kiedy moi rówieśnicy zobaczyli mnie z tą książką, mieli dziwne miny. Dziewczyny dziwiły się, że wolę tę książkę on Pamiętników księżniczek czy innych książeczek tego typu. Ja czytałam Pamiętnik narkomanki, chodziłam wtedy w glanach i bojówkach. Choć od tamtego czasu minęło wiele lat, choć bardzo zmieniłam się od tamtego czasu, to jednak wciąż jest to dla mnie pozycja wyjątkowa.

Serce buntuje się przeciwko nadmiarowi niezdrowych emocji. Wtedy czuję, że to już blisko. To takie niepojęte, poznanie tajemnicy wiecznego snu, na który tylu wokoło zapada. Myślę, że ktoś poprowadzi mnie za rękę w pierwszą otchłań i odnajdę światło.

Pamiętnik narkomanki to autentyczne zapiski jej autorki – Barbary Rosiek. Wszystko zaczęło się od jednych wagarów, kiedy autorka dosłownie w ciągu jednego dnia, w ciągu kilku chwil wpadła w szpony nałogu, wpadła w szpony nałogu. Ze wzorowej uczennicy stała się narkomanką, dla której przestały liczyć się dobre oceny i 100% obecności. Ważniejsze stało się zdobycie kolejnej działki, kolejne porcje narkotyku. Sama książka jest podzielona na dwie części. Pierwsza z nich opowiada o życiu o ciągłym haju. Ten stan autorka opisuje tak: (...) oczywiście jeżeli chcę ćpać dalej. Chcę. Potrzebuję ćpania. Tęsknie za ćpaniem jak za kimś bliskim. Mimo, że wiem, że to same zło. Druga część opisuje jej drugą i żmudną drogę wychodzenia z nałogu, z nałogu, który tak zmienił jej życie. A jak pisze o trzeźwości? Przekonajcie się sami: Trzeźwa mogę kochać się, czuć zapach świeżości dnia, cieszyć się każdą chwilą inaczej, smucić się wszystkimi odcieniami melancholii.

Pamiętnik narkomanki to moim zdaniem lektura obowiązkowa. Począwszy od nastolatek, które uważają, że ich największy problem to kolejny syfek na twarzy czy rzekomo zbyt niskie kieszonkowe. To książka dla dorosłych, dla studentów, dla każdego. Jako przestroga, przed jakimkolwiek uzależnieniem. Jest napisana momentami naprawdę bardzo chaotycznie, ale to z powodu częstego i nieustającego haju. Choć fabularnie może niektórych zawieść, jednak pod względem przeżyć i przesłania jest to książka wartościowa, zapadająca w pamięć i godna przeczytania. Założę się, że wniesie do życia nastolatków o wiele więcej niż W pustyni i w puszczy czy późniejsza Balladyna

Tak już ma być zawsze: poranek, gdy nie chce się wstawać, zmierzch, kiedy nie chce się jeszcze umierać, wieczór pełen obaw, niekończące się noce udręk. Już płakać nie potrafię, chyba nie potrafię. A kochać? Gdzie podziało się moje uczucie miłości? Boże, co ja z sobą zrobiłam.

Gwarantuję Wam, że nie raz zadziwicie się podczas lektury Pamiętnika narkomanki, że nie raz się zszokujecie, nie raz będzie ciężko przez nią przebrnąć czy się otrząsnąć. Ale warto. Dla samej świadomości, przez co przechodzą narkomani, co czują, żeby zobaczyć w bardzo dobitny sposób, czym jest nałóg. Polecam z całego serca! Ostrzegam – zapadnie w pamięć. I właśnie dlatego ją przeczytać. Nie jest ława, nie jest przyjemna, nie jest lekka, ale jest ostrzeżeniem jakich mało. Przy tej książce wyjątkowo trudno jest ubrać mi w słowa, co o niej myślę, co czuję myśląc o niej. Jednak uważam, że naprawdę warto po nią sięgnąć.

W tym cholernym życiu potrzebna jest miłość. Bez niej jest wieczna pustka, która dusi, zabija, męczy. I wtedy nie możemy być sobą. Jest się dla siebie zupełnie obcym. Tak zupełnie i bez reszty obcym dla samego siebie.

niedziela, 11 stycznia 2015

"Ponieważ byłam księżną" Jacqueline Pascarl-Gillespie

Tytuł: Ponieważ byłam księżną
Autor: Jacqueline Pascarl-Gillespie
Wydawnictwo: Świat Książki
Ilość stron: 336
Ocena: 6/6



Uważam, że głośne wypowiadanie opinii, jest metodą na poprawę świata - współudział w milczeniu może być równie niemoralny jak sama niesprawiedliwość.





Wyobraź sobie, że jesteś matką i ktoś porwał Twoje dzieci. Wyobraź sobie, że tym kimś jest ich ojciec i nie chce ich oddać. Wyobraź sobie ból matki, która przez 14 lat nie może spotkać ani porozmawiać, ze swoimi dziećmi, która nie może ich przytulić ani obdarować czułością. Przez coś takiego właśnie przechodziła autorka książki Ponieważ byłam księżną.

Jacqueline Pascarl-Gillespie to australijska pisarka, osobowość znana z tamtejszej telewizji oraz matka porwanych dzieci. Dzieci, których porwał ich ojciec – malezyjski książę. Te wydarzenia zostały już opisane w książę Kiedyś byłam księżną. Teraz jesteśmy świadkami opisywanej przez autorkę walki o dzieci, jej zacięcie i zaangażowanie w odzyskanie dzieci, a także w pomoc rodzicom, który znaleźli się w podobnej sytuacji jak ona. Aż w końcu przyszło ono - to szczęśliwe zakończenie o jakim marzyła. Jej dzieci znalazły się blisko. W końcu po 14 latach walki.

Ponieważ byłam księżną chciałam przeczytać od razu jak skończyłam czytać jej poprzedniczkę – Kiedyś byłam księżną. Z jednego prostego powodu – chciałam przekonać się jak ta historia się skończyła. Postanowiłam skończyć tę serię, choć zachowanie Bahrina (byłego męża autorki i tegoż samego człowieka, który porwał ich dzieci) czasami naprawdę doprowadzało mnie do istnej wściekłości zadającej pytania z serii: „Jak tak można?? Jak można mieć takie podejście do życia i do rodziny??”. Książka jest napisana dobrym, łatwym w obiorze językiem, choć niejednokrotnie podczas jej czytania miałam przysłowiowe oczy jak pięć złotych. Dlaczego? Z podziwu dla matczynej miłości autorki, jej zaangażowania w różne akcje humanitarne, z szoku wywołanego, przez zachowania Bahrina, ze szczęścia, że wszystko skończyło się szczęśliwie.

Po prostu wiem, że pojedynczy człowiek może zmienić świat. Jeśli nawet nie ruszy go z posad, przysłuży się ludzkości, jeśli dotarłszy do serc, sprawi, że czyjaś egzystencja stanie się bardziej znośna.

Ponieważ byłam księżną to książka, po której na początku nie wiadomo czego się spodziewać, ale jednocześnie polecam ją z ręką na sercu. Nie jest to literatura łatwa, ale wartościowa i otwiera oczy na wiele sytuacji. No i zdecydowanie najpierw trzeba przeczytać najpierw pierwszą część Kiedyś byłam księżną, bo bez tego można nie połapać się w tej części. Piękna opowieść o matczynej miłości, walce, oddaniu i poświęceniu. Polecam!


Jacqueline Pascarl-Gillespie z odzyskanymi dziećmi

sobota, 29 listopada 2014

"Niebo istnieje... Naprawdę!" Todd Burpo, Lynn Vincent

Tytuł: Niebo istnieje... Naprawdę!
Autor: Todd Burpo, Lynn Vincent
Wydawnictwo: Rafael
Ilość stron: 192
Ocena: poza skalą


Dobrze jest być silnym i obdarzać innych pomocą. Jednak my nauczyliśmy się, że bezbronność i bezradność pozwala innym odnaleźć w sobie siłę, by nam pomóc.






W dzisiejszym świecie jesteśmy świadkami wielu filozoficznych dysput na temat tego, co się dzieje z ludzką duszą po śmierci. Każda grupa czy to etniczna, czy wyznaniowa, czy światopoglądowa uważa inaczej. Jednak Colton Burpo słowami swojego taty Todda przekonuje, że Niebo istnieje... naprawdę!

Colton Burpo miał niespełna cztery lata, kiedy okazało się, że strasznie boli go brzuch i będzie musiał być poddany operacji wycięcia wyrostka robaczkowego, po której niespodziewanie i bardzo szybko ozdrowiał. Kilka miesięcy po wizycie w szpitalu chłopiec zaczął opowiadać historie o aniołach śpiewających dla niego, o spotkaniach z samym Bogiem i duszami zmarłych członków rodziny. Z dziecięcą wiarą i prostolinijnością przekonując cały świat, że jego dusza opuściła ciało na kilka minut i spędziła je w niebie, wśród Boga, jego tronu i aniołów, a przekonując używał dokładnych opisów tego co widział, nie słysząc ani nie czytając o nich nigdy wcześniej! Może jednak  to prawda, że niebo istnieje naprawdę?
Czym jest dziecięca pokora? Nie brakiem inteligencji, lecz raczej nadmiarem niewinności. Cennym i ulotnym czasem,zanim pojawi się duma, zmuszająca do przejmowania się tym, co myślą o nas inni. Nienaruszoną i szczerą beztroską, dzięki której trzylatek z radością wskoczy do kałuży, będzie turlał się w trawie z małym szczeniakiem lub głośno komuś wytknie, że lecą mu z nosa gile. Tego właśnie potrzeba, by znaleźć się w niebie. Duchowa szczerość- przeciwieństwo ignorancji- oznacza chęć zaakceptowania rzeczywistości taką, jaka jest i nazywania rzeczy po imieniu nawet wtedy, gdy wydaje się to niemożliwe.
Niebo istnieje... Naprawdę! To książka, którą dostałam kiedyś od koleżanki w ramach prezentu bożonarodzeniowego, książka, która naprawdę długo czekała na swoją kolej na półce, aż w końcu (w wyjątkowym kryzysie wiary) po nią sięgnęłam. Zaczęłam czytać i... nie mogłam przestać ciekawa jak ów malec opisze niebo. Jego prostolinijność jest naprawdę przekonująca! Narratorem w tej opowieści jest ojciec chłopaka – miejscowy pastor. Jesteśmy także światkami rodzicielskich emocji i obaw podczas operacji, wielu modlitw, wykrzykiwania Bogu swojego strachu, bólu i obaw. Colton cała rodzinę i wszystkich ludzi wokoło zaskoczył swoim wyzdrowieniem i późniejszymi stopniowanymi, przekonywującymi słowami o niebie, Jezusie siedzącym na tronie i bardzo dużym Bogu. Muszę przyznać, że książka mnie urzekła opowiedzianą w niej historią, która sprawiła, że kryzys wiary minął. Do tego perspektywa owej opowieści – z perspektywy zatroskanego ojca i pastora. Urzekła mnie narracja i sposób, w jaki opowiadał o trudnych doświadczeniach dla niego i jego rodziny. Jestem pod jej urokiem i z pewnością do niej kiedyś wrócę! Polecam każdemu!

Colton Burpo

wtorek, 29 lipca 2014

"Stuhrowie. Historie rodzinne" Jerzy Stuhr




Tytuł: Stuhrowie. Historie rodzinne
Autor: Jerzy Stuhr
Wydawnictwo: Wydawnictwo Literackie
Czyta: Jerzy Stuhr, Maciej Stuhr, Marianna Stuhr
Czas trwania: 5 h 40 min
Ocena:








Pamiętam, jak byłam dzieckiem i w czasach dzielenia pokoju z młodszym bratem, naszą ulubioną opowieścią na dobranoc były historie opowiadane przez tatę związane z historią naszej rodziny – opowieści z rodzinnej miejscowości dziadka, wydarzenia z dzieciństwa, spotkań z naszymi pradziadkami, których nie mieliśmy okazji poznać. A któż nie kojarzy Jerzego Stuhra chociażby z Seksmisji, Kilera czy Spisu cudzołożnic? Któż nie chciałby poznać jego rodzinnych opowieści?

Stuhrowie. Historie rodzinne to opowieści z rodziny autora, które zaczynają się  od przybycia do Krakowa pradziadków Jerzego, Anny i Leopolda, a zawędrowali do Galicji z Austro-Węgier. W książce jesteśmy świadkami wielu narodzin, śmierci i rodzinnych tragedii od drugiej połowy XIX wieku, aż do czasów aktualnych, do czasów dzieci Jerzego – Macieja i Marianny. Sam autor stwierdził, że spisał to wszystko dla swojej rodziny: To dla nich i ich dzieci rekonstruowałem historię naszej rodziny, czasami posiłkując się tylko domniemaniami wynikającymi z suchych dokumentów zachowanych w archiwum domowym. To dług, który spłacam rodzicom, dziadkom i pradziadkom, by przechowywana przeze mnie wiedza przetrwała w następnych pokoleniach, niezależnie od miejsca, gdzie zapuszczą korzenie.

Stuhrowie. Historie rodzinne to książka, po którą sięgnęłam z wielkim entuzjazmem i zapałem, zwłaszcza, że nie jest ona zbyt długa, zwłaszcza, że bardzo lubię głos Jerzego Stuhra. Napisana językiem dość literackim, zresztą tak jak Tak sobie myślę…, bez zbędnych sensacji i plotek – po prostu historyczne fakty, wyjaśnienia dlaczego Stuhrowie znaleźli sobie miejsce w Krakowie, jak im się żyło, jakie były koligacje i wspomnienia przekazywane z pokolenia na pokolenie. Urocze, prawda? Taka, ot, ciepła opowieść mówiąca o wielkiej wartości rodziny, o tym jak ważne jest wsparcie najbliższych oraz to, że krewnych nie da się przez nikogo zastąpić. Jednak mnie nie do końca ona rzuciła na kolana. Dlaczego? Czasem się za bardzo ciągnęła... Nie wiem czy to wynika z mojego ścisłego umysłu i średniej fascynacji historią czy po prostu tym, że po prostu opowieści spoza mojej rodziny wydają się być mniej ciekawe. Na pewno ciekawym doświadczeniem jest poznanie dziejów rodu Stuhrów i dwóch z najbardziej rozpoznawanych polskich aktorów. Ale czy to jest genialna książka? Nie powiedziałabym;) Ciekawy pomysł, ale więksi miłośnicy Stuhrów lub/i historii chyba bardziej na tym skorzystają;)

Jerzy Stuhr z rodziną;)

poniedziałek, 28 lipca 2014

"Zbaw nas ode Złego" Lisa Collier Cool, Ralph Sarchie

Tytuł: Zbaw nas ode Złego
Autor: Lisa Collier Cool, Ralph Sarchie
Wydawnictwo: Esprit
Ilość stron: 448
Ocena: 4/6

I być może wam również się wydaje, że ci ludzie to świry (opętani) albo że egzorcyzmy to średniowieczny sposób leczenia psychicznych lub fizycznych chorób nieprzystający do czasów Internetu. Jeśli tak, to diabeł zdobywa przewagę. Przecząc jego istnieniu tylko się wzmacnia jego siłę. Lecz jeśli jesteście ludźmi wiary, to czy naprawdę przypowieści o wypędzaniu demonów przez Jezusa uważacie za bajki?





Co byś pomyślał gdybyś usłyszał dziwnie skrobania za ścianą, kroki w mieszkaniu, podczas gdy jesteś sam w domu lub gdyby lampa w kryształkami kołysała się podczas tego, gdy się modlisz? Co byś zrobił, gdyby ktoś, z kim mieszkasz krzyczał w nocy i rzucał się w nocy wraz ze swoim łóżkiem? Jak byś na to zareagował? A co jeżeli to Szatan?

Działanie diabła jest wciąż dokumentowane, ilość opętań wciąż wzrasta, a co za tym idzie – z roku na rok rośnie ilość egzorcystów, którzy walczą z tym Złym. W tych szeregach walczy także autor książki, Ralpha Sarchie – sierżant nowojorskiej policji pracujący w służbach porządkowych w najgorszej z możliwych w USA. Choć wychowany w katolickiej rodzinie w swoim dorosłym życiu nie był zbyt pobożny. Jednak po godzinach standardowej pracy pomaga w przeprowadzaniu egzorcyzmów pewnemu katolickiemu kapłanowi o nazwisku Mendoza oraz współpracuje z małżeństwem Warrenów, których zmagania z szatanem zostały udokumentowane w filmie Obecność. Podczas pracy w policji oraz zajmowania się opętaniami i egzorcyzmami napatrzył się na zło, jakie jest na świecie. Nie o „źle wtórnym”, czyli tym popełnianym przez ludzi, ale o „źle pierwotnym”, które ma źródło o wiele głębiej. Co spotyka Ralpha Sarchie w jego pracy? Na czym polega jego współpraca z Mendozą i Warrenami? Jak idzie im walka ze złem? 

Nie może nazywać siebie Chrześcijaninem , a już na pewno nie Katolikiem ten, kto wątpi w istnienie diabła.

Zbaw nas ode Złego to autobiograficzna książka Sarchiego, na podstawie której powstał także film o tym samym tytule. Jest to także jedna z tych pozycji, której ekranizację zobaczyłam zanim zabrałam się za jej czytanie, co chyba nie było zbyt dobrym pomysłem. Dlaczego? Głównie dlatego, że po obejrzeniu filmu spodziewałam się zupełnie czegoś innego, wydarzeń opisanych i przedstawionych tak jak w ekranizacji. Zaczęłam czytać i dość długo mam się przestawić na fakty opisane w książce. Przede wszystkim w lekturze wszystko jest przedstawione oczami głównego bohatera i autora zarazem, a te wydarzenia nie mają jakiejś konkretnej fabuły – po prostu opisane różne, luźne i praktycznie niepowiązane ze sobą incydenty. No i jest przedstawiona współpraca z Warrenami – tego nie ma w filmie. A szkoda. Książka jest podzielona na 14 rozdziałów niepowiązanych ze sobą wydarzeniami, ale mające wspólny mianownik – Zło zdziałane przez samego Szatana. Niestety nie ma co ukrywać, że pod względem literackim Zbaw mas ode Złego jest pozycją dość kiepską. Ale chyba nie do końca to się w niej liczy i nie do końca chodziło o to, żeby zachwycać się jej super literackim stylem. Przynajmniej według mnie pozycja ma za zadanie uświadomić czytelnika, pokazać jakie zło jest niebezpieczne, jakie szkody wyrządza w życiu najróżniejszych ludzi – i to nie tylko satanistów, którzy czczą jawnie diabła, a także tych najgłębiej wierzących. Książka ma pokazać, jakie to wszystko niebezpieczne, że nie warto igrać z ogniem jaki jest Szatan. O tym niebezpieczeństwie mówi świetnie cytat: Wyjątkowym okrucieństwem, do którego uciekają się niektórzy okultyści, jest rzucanie uroku na figurki albo obrazki z motywami religijnymi. Takie pozorne religijne, a w rzeczywistości przeklęte przedmioty, są potem sprzedawanie na rozmaitych kiermaszach i zasiewają zło w sercach bogobojnych, niczego niepodejrzewających ludzi, którzy je kupują.

Tylko ktoś o naprawdę silnej wierze, jak na przykład biskup, może poprowadzić obrzęd egzorcyzmu. Wypędzanie demonów bez wiary byłoby rozłożonym w czasie samobójstwem. I nawet wtedy egzorcysta musi myśleć o Bogu i mieć świadomość własnych słabości bo to one staną się celem ataku demona.

Czy polecam Zbaw na ode Złego? Tak, jeżeli chcecie z tej perspektywy poczytać o opętaniach, egzorcyzmach i walkach z Szatanem. Jeżeli oczekujecie takiej samej fabuły jak w filmie – mocno się rozczarujecie, bo ekranizacja to istna wariacja na temat książki, chyba tylko główni bohaterowie są ci sami, choć i nie wszyscy (np. brak Warrenów). Generalnie skończyłam ją z trochę mieszanymi uczuciami... Nie zmienia to faktu, że ciarki nie raz przechodzą po plecach podczas lektury i potrafi wzbudzić strach.

Édgar Ramírez jako Mendoza oraz Eric Bana jako Ralph Sarchie
Kadr z filmu Zbaw nas ode Złego
(Kliknij, aby powiększyć)



piątek, 21 lutego 2014

"O czym mówię, kiedy mówię o bieganiu" Haruki Murakami

Tytuł: O czym mówię, kiedy mówię o bieganiu
Autor: Haruki Murakami
Wydawnictwo: Muza
Ilość stron: 192
Ocena: 5/6



Nieważne, ile mam lat, póki żyję, zawsze będę odkrywał w sobie coś nowego. Nieważne, jak długo człowiek przegląda się nago w lustrze, nigdy nie dojrzy tego, co kryje w środku.





Haruki Murakami podczas biegu
Bieganie to ten sport, którego od samej podstawówki nie cierpiałam i nie znosiłam szczerze i z całego serca. Zawsze mnie po tym wszystko bolało, zawsze byłam ostatnia, zawsze wszyscy mnie wytykali przez to palcami (jakby śmiechy z powodu nadprogramowych kilogramów to było zbyt mało). Jednak któregoś dnia postanowiłam zacząć się odchudzać, po tym jak bardzo brutalnie dotarło do mnie 30 kg nadwagi i wszyscy w około zaczęli mnie przekonywać właśnie do biegania. Początkowo byłam oporna, ale jednak po jakimś czasie włożyłam dres, trampki i poszłam na bieżnię pobliskiej szkoły i wkręciłam się biegnąc za każdym razem choć kawałek dalej. Pomijając fakt, że stało się to później moim odstresowaniem, które okazało się wręcz zabronione z celów zdrowotnych. Ale podczas tego okresu, w którym wręcz pokochałam bieganie odsłuchałam audiobooka Łukasza Grassa pt. Trzy mądre małpy, dopiero później się dowiedziałam, że jest to polska odpowiedź na książkę Murakamiego zatytułowaną O czym mówię, kiedy mówię o bieganiu, którą dopiero niedawno udało mi się upolować w bibliotece;)
Najczęściej jest tak, że chcąc nauczyć się czegoś najistotniejszego, co jest konieczne, by przeżyć, musimy doświadczyć bólu.
O czym mówię, kiedy mówię o bieganiu to swoisty pamiętnik Murakamiego, w którym autor opisuje swoją miłość pasję, jaką jest bieganie, a także jego przygotowania do poszczególnych maratonów i triatlonów oraz uczucia i przeżycia z nimi związane. Jednocześnie pokazuje siłę, samozaparcie i upór podobne jak w książce Grassa, który de facto w podobny sposób pisze o tym samo. Jest to książka o wielkiej pasji i o tym jak o nią dbać, jak ją w sobie rozbudzić. A przede wszystkim o życiu z pasją...

Haruki Murakami
O czym mówię, kiedy mówię o bieganiu jest pozycją niedługą, lekką, napisaną w przyjemny w odbiorze sposób. Jak już wspominałam opowiada o niezwykłej pasji, o jej sile, uprze i determinacji. I przyznam szczerze, że jest to pozycja niezwykle motywująca, tak bardzo, że mimo wyraźnego zakazu biegania sięgnęłam po adidasy i poleciałam na przebieżkę po okolicznym parku. Napisana z wielką pasją, o wielkiej pasji. Książka fascynuje, zachęca do sięgnięcia po dres i sportowe buty i biegnięcia przed siebie ile wlezie. Czytając tę książkę widziałam także swoje początki miłości do tego sportu, które zostały tak brutalnie stłamszone, ów radość i ekscytację na samą myśl o możliwości biegania. Książka jest fascynująca, ale nie wiem jak podejdą do niej osoby, które same nie znoszą myśli o tym sporcie (tak jak ja kiedyś), bo jak takie osoby może interesować pisanie z takim zamiłowaniem o litrach wylanego potu, bólu mięśni i satysfakcji z przebiegnięcia maratonu (co mi samej się aktualnie marzy). Dawne ja, niecierpiące biegania, pewnie nawet nie sięgnęłoby po tę, pozycję, ale nowe, aktualne ja bardzo się cieszy z tej lektury;) Dlaczego? Bo jest to książka, która motywuje, pokazuje to jak bieganie zmienia człowieka, ukazuje także współpracę umysłu, ducha i ciała, ale także jej znaczenie dla wszystkich sfer życia. Co ciekawe, pozycja nie jest ani do końca pamiętnikiem, ani do końca autobiografią, jest zbiorem przemyśleń okraszonym porcją zdjęć, godnym polecenia każdemu fanowi biegania, a także osobie która potrzebuje zmotywowania do uprawiania sportu, która próbuje zrozumieć, co takiego fascynującego jest właśnie w tej formie. Muszę przyznać, że jest to moja pierwsza książka Murakamiego i na pewno nie ostatnia;) Koniecznie muszę spotkać się po raz kolejny z piórem autora i jego fikcyjną twórczością, jak choćby 1Q84 czy Norwegian Wood. Koniecznie;) Jak nie biblioteka to ebooki czy jakiekolwiek zakupy;) W każdym bądź razie polecam książkę O czym mówię, kiedy mówię o bieganiu – naprawdę warto sięgnąć.

Motywator do biegania;)

poniedziałek, 14 października 2013

Dziecko ulicy

Tytuł: Dziecko ulicy
Autor: Judy Westwater
Seria: Pisane przez życie
Wydawnictwo: Hachette Polska Sp. z o.o.
Ilość stron: 280
Ocena: poza skalą



Rodzina to niekoniecznie ci ludzie, wśród których człowiek się rodzi. Można ją sobie znaleźć samemu. Tam, gdzie jest bezpiecznie i ciepło. Tam gdzie człowiek czuje, że właśnie tu jest jego miejsce.





Czy możecie wyobrazić sobie, że żyjecie na ulicy, śpiąc w jakimś starym wagonie albo schowku na węgiel? Czy wyobrażacie sobie myć się w publicznych toaletach, jeść resztki ze śmietników albo ukradzione z restauracji? A wszystko w opuszczeniu przez matkę i „opiekę” despotycznego i nieczułego ojca materialistę? Tak, to wszystko zdarzyło się naprawdę, a przeczytamy o tym autobiograficznej książce Judy Westwater zatytułowanej Dziecko ulicy.

Lektury z kategorii pisane przez życie są książkami wyjątkowymi, jednak nie potrafię ich czytać zbyt często. Mimo tego podczas ostatniej wizyty w bibliotece, natknęłam się na dział z takimi pozycjami, a wśród nich szczególnie zainteresowała mnie ta pozycja. Czemu? Już samym opisem. Byłam niezmiernie ciekawa jakie wydarzenia spotkały autorkę, a dzieciństwo miała tragiczne. Należą się jej wielkie brawa, bo tak trudne i bolesne wspomnienia opisuje językiem lekkim i przyjemnym, że aż trudno uwierzyć, że to wszystko działo się naprawdę. W mojej głowie aż roiło się od pytań. Jak można być takim rodzicem, który bije, przepraszam, katuje,  nie interesuje się, ma gdzieś to czy dziecko ma to czego potrzebuje, a przede wszystkim jak można pozwolić żyć kilkuletniemu dziecku na ulicy, a jak wróci to jeszcze je pobić? Nie ogarniam.

Dziecko ulicy to poruszająca, smutna i tragiczna książka, która zmusza do myślenia oraz napawa trwogą i przerażeniem, że takie sytuacje, jak te opisane w książce, w ogóle mają miejsca, w tym rzekomo wyscoce cywilizowanym świecie. Jest to pozycja przepełniona emocjami, pełna bólu dzieciństwa. Tragiczna historia w której miłość jest zastąpiona strachem przed ojcem, jednak pokazująca wielką siłę i walkę o przetrwanie, własną godność i szczęście. Historia doprawdy dramatyczna, poruszająca i niewiarygodna. Choć książka nie jest ona zbyt obszerna, to czasami trzeba na chwilę przerwać i pomyśleć. Nie da się jej przeczytać tak o, za jednym przysiadem Po prostu się nie da. Polecam ją nie tylko wszystkim fanom tego typu literatury, ale przede wszystkim każdemu człowiekowi, żeby mógł się przekonać, że wcale nie ma tak źle jak sobie wyobraża. Polecam! Naprawdę warto przeczytać!