Pokazywanie postów oznaczonych etykietą fantasy. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą fantasy. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 21 marca 2022

"Głodna Puszcza" Marcin Mortka

Tytuł: Głodna Puszcza
Autor: Marcin Mortka
Cykl: Nie ma tego złego
Tom: drugi
Wydawnictwo: Sine Qua Non
Czyta: Filip Kosior
Długość: 10 godz. 3 min.
Ocena: 5/6


Mam trójkę dzieci i doskonale wiem, na czym polega szantaż emocjonalny.





Nigdy wcześniej nie miałam styczności z twórczością Marcina Mortki, ale dzięki wyzwaniu Abecadło z pieca spadło zmotywowałam się do sięgnięcia po jego książkę, ale jakoś zupełnie nie zorientowałam się, że Głodna Puszcza jest częścią cyklu - i to jeszcze drugą. Mimo tego zabrałam się za nią i zapraszam serdecznie na recenzję. 

Do karczmy Edmunda zwanego Kociołkiem potajemnie zjeżdżają książęta, by radzić nad przyszłością Doliny. Ostatnio trolle z Głodnej Puszczy wydają się nad wyraz aktywne, a jedyny człowiek, który umie z nimi gadać – rycerz Pogorzałek – gdzieś w owej puszczy zaginął. Kociołek nie ma najmniejszej ochoty, by służyć możnym (i zadufanym) tego świata, ale okazuje się, że istnieje niezawodny sposób, by skłonić go do kolejnych bohaterskich czynów. Tylko czy upora się z zadaniem do niedzieli, jak obiecał żonie? Na misję Kociołek wyrusza na czele drużyny do zadań specjalnych: rycerza Urgo, elfa Eliaha, starego guślarza Żychłonia, krasnoluda Gramma zwanego Majstrem i goblina Zwierzaka. Przyjdzie im stoczyć niejedną bitwę z wysłannikami Złego, przejrzeć niejedną intrygę, przejść próbę wzajemnej lojalności, napchać żołądki przysmakami, wytaplać się w błocie, a do tego zdobyć przychylność kłobuków – najbardziej nieobliczalnych mieszkańców Głodnej Puszczy.                                                                                opis wydawcy

Za Głodną Puszczę zabrałam się w formie audiobooka w interpretacji Filipa Kosiora zupełnie nie mając względem tej pozycji żadnych oczekiwań, bo w końcu nie znałam wcześniej twórczości autora, a i nie czytałam o niej wcześniej. Zaczęłam słuchać i w sumie interpretacja autora urzekła mnie już od samego początku, a z czasem coraz bardziej przekonywał mnie do siebie humor i styl pisarski autora. Choć nie znałam pierwszej części – nie miałam żadnego problemu, żeby się połapać w fabule i w tym, kto jest kim. Słuchając jej niejednokrotnie uśmiechając się podczas jej odsłuchiwania i muszę przyznać, że całkiem nieźle bawiłam podczas poznawania przygód Kociołka i jego towarzyszy. Pomysł na fabułę – naprawdę dość ciekawy i zrealizowany w sposób dobry, interesujący, a całość jest napisana w sposób lekki i przyjemny w odbiorze. Zabawne i naprawdę barwne, pełne dowcipu postacie, które niejednokrotnie mnie rozbawiły i z chęcią poznam ich kolejne przygody. 

Może było tak, że Głodna Puszcza, za dnia miejsce niegościnne i obojętne, a w nocy kraina rodem koszmaru, potrafiła z szacunkiem przepuścić najgroźniejszego drapieżnika?

Głodna puszcza jest książką dla osób, które cenią sobie powieści fantasy z humorem, więc mnie jak najbardziej urzekła do tego stopnia, że z chęcią zapoznam się z innymi książkami autora – najpewniej zacznę od pierwszej części tego cyklu, ale nie pogardzę również innymi. Pozycję mogę polecić osobom, które lubią fantasy - szczególnie to z humorem, ale zdaję sobie sprawę, że nie każdemu może podejść ten typ literatury. Nie zmienia to faktu, że ja się bawiłam naprawdę przednio.

Czasami, po jakimś szczególnie szalonym wyskoku, dochodziłem do wniosku, że na nic bardziej kretyńskiego bądź szalonego już nas nie stać. A potem wpadaliśmy na pomysł taki jak ten, czym dowodziliśmy, że poprzeczkę ryzyka i głupoty można podnosić w nieskończoność.

Książka bierze udział w wyzwaniu

środa, 15 lipca 2020

"Upiór w ruderze" Andrzej Pilipiuk

Tytuł: Upiór w ruderze
Autor: Andrzej Pilipiuk
Wydawnictwo: Fabryka Słów
Ilość stron: 376
Ocena: 4.5/6



Słyszysz te jęki resorów, młody? – zapytał komendant. – To stal szepcze nam, z czego powinny być nasze jaja!
– Ku chwale Ojczyzny!






Bardzo lubię twórczość Pilipiuka, jednak jakoś dawno nie miałam okazji sięgać po żadne jego książki, aż w końcu w ramach pakietu Legimi zobaczyłam jego najnowszą książkę, wydaną całkiem niedawno i w końcu zabrałam się po wytęsknionego Pilipiuka. Co prawda od lat obiecuję sobie, że zabiorę się za Dzienniki Norweskie i Oko Jelenia, ale dzięki pakietowi na czytniku i wyzwaniu Abecadło z pieca spadło (i literki U na lipiec) zabrałam się za nowość w postaci książki pt. Upiór w ruderze

Jak może się skończyć przygoda, w której biorą udział trzy niezbyt rozgarnięte dziewoje i zdobyczna armata Pradziadunia? Wiadomo - wystrzałowo! Ale to dopiero początek ambarasu! Bo przejście ze stanu ciała do stanu czystego ducha jest relatywnie proste. Gorzej, że gdy ciało grzeszne za życia pozostawia na czystym duchu pewne... przybrudzenia. Kwalifikuje się wtedy dusza do pokutowania, a pokutowanie jest męczące. Ale to nie znaczy, że nie może być zabawne. Pałac w Liszkowie, przerobiony na potrzeby rzeczonej pokuty, na najprawdziwszy Straszny Dwór, stanie się zatem areną zdarzeń nieprawdopodobnych. I przerażających. I wielce zabawnych. Oczywiście, w zależności od tego, którego uczestnika owych wydarzeń o zdanie zapytacie.
                                                                         opis wydawcy
Upiór w ruderze nie należy do żadnej pilipiukowskiej serii, więc tym chętniej sięgnęłam, co by na nowo wejść w świat i styl pisarski Wielkiego Grafomana, a i do tego jak zawsze piękne ilustracje, które serwuje wydawnictwo, jak to bywa przy twórczości Pilipiuka – rysunki autorstwa Andrzeja Łaskiego. Stary pałac, duchy, czarny humor, ironia, przerysowania – coś czego mi zdecydowanie brakowało i sporo w tym z charakterystycznej pisaniny pisarza, ale jednocześnie jest tu powiew świeżości. W końcu coś spoza serii, więc są nowi bohaterowie oraz oderwanie się od znajomych czytelnikom schematów i postaci. Lekkość pióra Wielkiego Grafomana, pomysł i poczucie humoru sprawiły, że książkę czytało mi się naprawdę szybko i bardzo przyjemnie, w końcu jego twórczość bawi mnie już od dobrych kilku lat. Panny Liszkowskie nie skradły może mojego serca tak jak Kuzynki, ale nie wciąż bawią i wywołują niejednokrotnie uśmiech na twarzy. Pomysł na pięćsetletnią pokutę w starym zamku jest naprawdę ciekawy, a i nie zabrało przerysowań, czarnego humoru i ironii. Jakież to charakterystyczne na prozy Pilipiuka… I jakże ja za tym tęskniłam!

Upiór w ruderze jest książką, którą zdecydowanie mogę polecić. Co prawda nie urzekła mnie tak jak Aparatus, ale nie zmienia to faktu, że spędziłam z nią czas naprawdę miło i równie dobrze się ubawiłam. Lekkie, przyjemne, zabawne…Może w końcu zabiorę się niebawem za Oko Jelenia czy Dzienniki Norweskie. Osobiście polecam!

Książka bierze udział w wyzwaniu Abecadło z pieca spadło. 

niedziela, 26 kwietnia 2020

"Braciszkowie Niebożątka" Tomasz Gnat





Tytuł: Braciszkowie Niebożątka
Autor: Tomasz Gnat
Wydawnictwo: Wydawnictwo Dolnośląskie
Ilość stron: 304
Ocena: 3/6








Lubię czasami sięgnąć po książki z kategorii fantastyki, żeby całkowicie oderwać się od rzeczywistości, która mnie otacza. Szczególnie przypadły mi do gustu się światy wykreowane światy przez Pilipiuka, a czytając o książce pt. Braciszkowie Niebożątka autorstwa Tomasza Gnata bardzo mocno skojarzyła mi się ona właśnie z twórczością Wielkiego Grafomana. Tak więc zdobyłam tę pozycję i czym prędzej zabrałam się za lekturę. 
W mieście, gdzie słowa i myśli stają się ciałem, grupa bohaterów mimo woli staje do walki z siłami dążącymi do otwarcia Katedry – tajemniczego monolitu, źródła wszystkich cudów i koszmarów, o którym wiadomo tylko tyle, że nie wolno go otwierać.
                                                   opis wydawcy

Braciszkowie Niebożątka jest książką, która prezentuje się niezbyt okazale, jeżeli chodzi o ilość stron, ale opis wydawcy również nie jest powalający objętościowo. Jednak moją uwagę przykuła treść opisu oraz grafika na okładce tej pozycji, a że brakowało mi ostatnimi czasy fantastyki i oderwania się od rzeczywistości – sięgnęłam po nią, ale jednak czytałam ją z pewną przerwą… Na początku – zalew słów, który swoim poziomem może czytelnika zaskoczyć. A do tego zalew bohaterów, których jest naprawdę sporo i bardzo trudno jest się połapać kto jest kim oraz kto jakie ma zadanie. Przyznam szczerze, że spodziewałam się o wiele lepszej akcji i zdecydowanie większej klarowności w postaciach występujących w książce – jest ich od groma, ale są wykreowani dość słabo, mają nietypowe imiona, nazwy i naprawdę dość często się gubiłam kto co robi i kto kim jest. Zdecydowanie za dużo jak na tę objętość, a do tego słabo przedstawieni. Pomysł na fabułę – niezły, ale również słabo zrealizowany i przytłoczony ilością równie kiepsko wykreowanych bohaterów, a do tego akcja, która niby się toczy, ale jednak również niezbyt sprawnie. Językowo Tomasz Gant zalewa czytelnika dość dopracowanym, rozbudowanym językiem, który w połączeniu z bohaterami, fabułą i akcją – przygniata wszystko jeszcze bardziej. Coś co autorowi trzeba rzeczywiście przyznać – udało mi się jednak stworzyć dość ciekawy, lekko mroczny i tajemniczy klimat, autentycznie trochę podobny do światów wykreowanych przez Andrzeja Pilipiuka, ale jednak nie zmienia to faktu, że przez słabą fabułę, język i bohaterów – książkę czytało mi się dość trudno.

Braciszkowie Niebożątka to książka, która w moim odczuciu wypada dość przeciętnie czy wręcz raczej słabo. Ma ciekawy, mroczny klimat, w którym lekko wieje grozą, ale jednak cała reszta jest zdecydowanie kiepska i niedopracowana, przynajmniej w moim odczuciu. Wiem, że jest to debiut i widzę, że autor ma potencjał, ale tutaj – lekko mówiąc – nie popisał się. Uważam, że trochę szkoda czasu na tę książkę, jest wiele ciekawszych książek, nawet w podobnym klimacie, jak na przykład Aparatus wspomnianego już Andrzeja Pilipiuka.

Za możliwość przeczytania książki dziękuję Grupie wydawniczej Publicat.

niedziela, 14 maja 2017

"Grom i szkwał" Jacek Łukawski

Tytuł: Grom i szkwał
Autor: Jacek Łukawski
Cykl: Kraina martwej ziemi
Tom: drugi
Wydawnictwo: SQN
Ilość stron: 400
Ocena: 4/6


Borutnik wyjrzał z wierzbowej dziupli. Powęszył chwilę, mrużąc ślepia, po czym zwinnie zsunął się po pniu. Zakląskał kilka razy, a gdy wśród paproci zamajaczyły drobne sylwetki, dobył zza łykowego pasa zaostrzony kieł i wskazał nim kierunek.



Grom i szkwał to drugi tom serii Kraina martwej ziemi autorstwa Jacka Łukawskiego, kolejna po debiutanckiej Krwi i stali, z którą miałam okazję się zapoznać. Czy żałuję? Jak wypadła kontynuacja? Co się wydarzyło dalej w królestwie Wondettel?

W huku gromów i przy wtórze szkwału ważą się losy królestw po obu stronach Martwej Ziemi.
Arthornowi udaje się uciec z zamku opanowanego przez zdrajców, lecz najgorsze dopiero przed nim. Wkrótce znów wyruszy ku Martwicy, tym razem bez przygotowania, drużyny i wbrew własnej woli. Jednocześnie stary Garhard stara się opanować sytuację w Wondettel. To zadanie tym trudniejsze, że lord Auriss nie powiedział jeszcze ostatniego słowa – podobnie jak wysłannicy sił potężniejszych, niż przeczuwają najwięksi mędrcy. Impas, jak się wydaje, może przełamać tylko obecność księżniczki Azure, która jednak przepadła bez wieści. Co zrobi Arthorn, gdy ją odnajdzie? Czy zdoła nakłonić ją do powrotu? Ile zdecyduje się poświęcić dla królestwa?
Mroczny cień Nife pochłania bezkresne stepy, czyha na sielskie Asnal Talath, sięga podziemnych Serc Dwargów i snuje się po pokładzie latającego okrętu. Wolno podąża ku granicy, za którą śpi niespokojne Wondettel.

                                                                      opis z okładki


Grom i szkwał to książka, z której jednoznaczną oceną mam niemały problem, to trzeba przyznać... Fakt, ciekawy klimat quasi-średniowiecznego fantasy, lekko przypominający mi atmosferę Zwiadowców. To lubię w książkach, zdecydowanie. Sam pomysł na fabułę jest naprawdę interesujący, ale z jego wykonaniem już trochę gorzej, bardziej nieudolnie niż w pierwszej części. Bohaterowie na szczęście nadal są utrzymani na odpowiednim poziomie, choć może kapkę niżej, zresztą jak cały świat Wondettel, który jest dość ciekawy. Całe szczęście akcja toczy się w miarę wielotorowo, przez co niedopracowanie w wykorzystaniu pomysłu na fabułę nie są tak widoczne.


Grom i szkwał jest pozycją, którą czytało i się dość szybko i przyjemnie, mimo pewnych niedociągnięć. Muszę przyznać, że była to ciekawa odskocznia od realnego świata, z którą mogłam się spokojnie odstresować. Czy sięgnę po kolejny tom, gdy ten wyjdzie? Myślę, że z chęcią. 

niedziela, 2 kwietnia 2017

"Harry Potter i Przeklęte Dziecko" Joanne Kathleen Rowling, Jack Thorne, John Tiffany

Tytuł: Harry Potter i Przeklęte Dziecko
Autor: Joanne Kathleen Rowling, Jack Thorne, 
                                  John Tiffany
Wydawnictwo: Media Rodzina
Ilość stron: 368
Ocena: 2,5/6



Obaj staraliśmy się ofiarować naszym synom nie to, czego potrzebowali, ale to, czego my potrzebowaliśmy.






Bardzo lubię cały cykl o Harry'm Potterze, w zasadzie mogę nazwać się jego fanką. Pierwszą część dostałam na swoje 9 urodziny, to była pierwsza tak obszerna książka, jaką przeczytałam (co nie znaczy, że wcześniej nie czytałam). Później, jak już mi się spodobało, dostawałam od rodziny kolejne części, chodziłam do kina na ekranizacje. Właśnie dlatego bardzo się ucieszyłam na wieść o wydaniu scenariusza sztuki teatralnej osadzonej w świecie Pottera pt. Harry Potter i Przeklęte Dziecko, no i krótko po premierze zakupiłam tę pozycję, a dopiero teraz zabrałam się za jej lekturę. 
Ci, których kochamy, nigdy tak naprawdę nas nie opuszczają, Harry. Pewnych spraw śmierć nie dotyka. Farby... wspomnienia... i miłości.
Harry Potter i Przeklęte Dziecko to sztuka teatralna napisana przez Jacka Thorna oraz Johna Tiffany'ego, oczywiście wraz z J.K. Rowling. Od Bitwy o Hogwart minęło 19 lat. Harry, Ron, Hermiona i Ginny są już dorośli, mają swoje rodziny, ich dzieci uczą się w tej samej szkole, co ich rodzice. Voldemort już nie grozi światu czarodziejów, życie głównych bohaterów wydaje się być naprawdę spokojne. Jednak zbuntowany syn Harry'ego i Ginny postanawia trochę pobawić się czasem i naprawić świat dorosłych. A jak te wydarzenia łączą się z Turniejem Trójmagicznym, który miał miejsce ponad 20 lat wcześniej? Co namiesza młody Potter?

Już kupując Przeklęte dziecko nie oczekiwałam czegoś super i mnóstwa fajerwerków, jednak i tak skończyłam tę książkę z niedosytem, niesmakiem i lekkim zażenowaniem. Zacznijmy od fabuły... Jak dla mnie oparta na dość prostym schemacie, no i jak dla mnie niedopracowana, robiona jakby na siłę. Akcja toczy się powoli, a i zwrotów brak. Jakby pójście po najmniejszej linii oporu... No naprawdę, niektóre fanfiki mają o wiele lepsze pomysły na fabułę i lepiej go realizują, niż tutaj. Zupełnie nie czuć zupełnie klimatu... Bohaterowie w tej części są infantylni, niedopracowani i mdli... Harry, Ron i Hermiona i całą reszta tej bandy zachowują się, jakby byli jeszcze nastolatkami, choć ten okres ich życia już dawno minął. Fakt, zdziwiło mnie podejście Malfoy'a do Harry'ego, ale całością wykreowania bohaterów jestem naprawdę zażenowana. Harry jest rozhisteryzowanym ojcem, Ron zachowuje się jak dzieciak, a inteligencja Hermiony chyba z niej uleciała... Może na scenie robi to większe wrażenie, ale jednak sam scenariusz przedstawia historię naprawdę prostą, płytką, niedopracowaną... Jest kilka ciekawych cytatów, jest kilka fajnych momentów, ale to tylko momenty i fragmenty... Niestety... No i moim zdaniem to jest przegięcie, żeby w roli Hermiony obsadzać czarnoskórą aktorkę, zwłaszcza, że nigdzie nie było zaznaczone, że jest murzynką... 
Doskonałość jest poza zasięgiem ludzkości, poza zasięgiem magii. W każdej pięknej chwili szczęścia kryje się kropla trucizny: świadomość, że ból powróci. Bądź szczery wobec tych których kochasz. Pokaż swój ból. Cierpienie jest rzeczą równie ludzką jak oddychanie.
Harry Potter i Przeklęte Dziecko to książka, którą jestem naprawdę zażenowana. Odnoszę wrażenie, że wszystko w niej jest robione po najmniejszej linii oporu, robiona na siłę, dla kasy... Jako fanka świata Pottera odradzam Wam tę książkę – oszczędźcie sobie rozczarowania. Niby miło wrócić do Hogwartu, ale jednak nie tak... Gdzie się podziały te wszystkie pomysły Rowling? Gdzie werwa i charakter bohaterów?

piątek, 23 września 2016

"Królowie Dary" Ken Liu

Tytuł: Królowie Dary
Autor: Ken Liu
Cykl: Pod sztandarem Dzikiego Kwiatu
Tom: pierwszy
Wydawnictwo: Sine Qua Non
Ilość stron: 592
Ocena: 2/6


Właściwej ścieżki nie wskazują nam bogowie czy dawni uczeni, musimy ją musimy sami przez eksperymentowanie. Brak ci pewności i dzięki temu zawsze będziesz poszukiwał pytań, zamiast uważać, że posiadasz wszystkie odpowiedzi.




Ken Liu to amerykański pisarz chińskiego pochodzenia. Jest jednocześnie prawnikiem, programistą, a także tłumaczem chińskich utworów na język angielski. Królowie Dary to pierwszy tom z zaplanowanej serii o nazwie Pod sztandarem Dzikiego Kwiatu. 
Oto misterna, wielowątkowa i wielopoziomowa opowieść przepełniona duchem Orientu, którą pokochał cały fantastyczny świat. Porywająca historia o walce z tyranią, mechanizmach politycznych, braterstwie i rywalizacji zdolnej obrócić wniwecz wszystko, co cenne.
Cwany i czarujący hulaka Kuni Garu oraz stanowczy i nieustraszony Mata Zyndu zdają się zupełnymi przeciwieństwami. Mimo to, gdy niezależnie od siebie występują przeciwko cesarzowi, szybko zawiązuje się między nimi przyjaźń. Łączy ich upór w dążeniu do celu i walka ze wspólnym wrogiem. Po obaleniu władzy ich drogi rozchodzą się w dramatycznych okolicznościach. Dzielą ich wizje co do kierunku, w którym powinien zmierzać świat, oraz… pojęcie sprawiedliwości.
                                                                 fragment opisu z okładki

Zabierając się za książkę pt. Królowie Dary nie wiedziałam do końca czego się po niej spodziewać. Podobno fantasy na najwyższym poziomie. Podobno zadowoli każdego. A jak było ze mną? Już pędzę z moją opinią. Ken Liu na podstawie Chin wykreował świat wysp Dary, dość interesujący, orientalny, taki, w którym nic nie jest oczywiste. To swoiste połączenie fantastyki i historii Chin. No i do tego wątki polityczne, religijne, a także  walka, układy i zawiłe wątki militarne. Muszę przyznać, że podczas lektury tej książki niejednokrotnie miałam ochotę rzucić ją w kąt, przestać ją czytać, zabrać się za coś ciekawszego... Królowie Dary to książka z bardzo ciekawą koncepcją na fabułę, jednak zupełnie mnie nie wyciągnęła. Nie wiem czego to sprawka. Może bohaterów, którzy mogliby być lepiej wykreowani? Może ich zbyt wielka ilość? Język jakim jest napisana ta pozycja jest dość przeciętny, zupełnie nie zachwycający... Elementów fantasy – niewiele. O wiele więcej polityki i walk. Tak więc szału nie ma...

Podsumowując już Królów Dary jest to książka, która zupełnie mnie nie zachwyciła. Dość przeciętna to dużo powiedziane. Momentami miałam skojarzenia z Grą o Tron, która mnie nie powaliła na kolana, a momentami z serią Zwiadowcy, do której mam o wiele więcej sentymentu. Szczerze wątpię w to, czy sięgnę po kolejny tom z tej serii...

wtorek, 6 września 2016

"Najstarszy" Christopher Paolini

Tytuł: Najstarszy
Autor: Christopher Paolini
Cykl: Dziedzictwo
Tom: drugi
Wydawnictwo: Mag
Ilość stron: 616
Ocena: 2/6



Żyj chwilą obecną, wspominaj przeszłość i nie lękaj się przyszłości, ta bowiem jeszcze nie istnieje i nigdy nie będzie istnieć. Jest tylko teraz.





Eragon swego czasu zrobił ogromną furorę w czytelniczym świecie. Powstał film, książka zdobyła wiele fanów. No i ja się postanowiłam przekonać, czy rzeczywiście jest taka świetna. Eragona przeczytałam, później przyszedł czas na jego kontynuację – Najstarszego. 

Zapada mrok... w sercach wzbiera rozpacz... zło triumfuje... Zaledwie kilka dni temu Eragon i jego smoczyca Saphira ocalili kryjówkę buntowników przed atakiem wojsk króla Galbatorixa, okrutnego władcy imperium. Teraz muszą udać się do Ellesmery, krainy elfów, gdzie Eragona czeka dalsze szkolenie. Musi nauczyć się jeszcze lepiej władać bronią Smoczych Jeźdźców: mieczem i magią. Wyrusza zatem w najważniejszą podróż swego życia, poznaje nowe cudowne miejsca i nowych kompanów, przeżywa nowe przygody. Lecz cały czas towarzyszy mu chaos i zdrada i nic nie jest takie, jakim się wydaje. Wkrótce Eragon nie wie już, komu może zaufać.
                                                                                     opis z okładki

Najstarszy to drugi tom cyklu Dziedzictwo i bałam się, że już niewiele będę pamiętała z Eragona. Zaczęłam czytać i muszę przyznać, że trochę się z nią męczyłam. Widać, że Paolini dorósł, co przejawia się w tym, że dorośli także jego bohaterowie. Jednak odniosłam wrażenie, że jednak nie wszystko było dopracowane. Fakt, autor mocno się skupiał na wymyślonych przez siebie rasach i całym świecie, jednak zapomniał o... Eragonie. Język i styl pisarski jakoś diametralnie się nie zmienił... O wiele mniej mi się spodobała ta pozycja od swojej poprzedniczki i generalnie wypada dość słabo, jako książka niezbyt zapadająca w pamięć... I w ogóle taka bez polotu...
Bo kiedy pojawia się ból, nie istnieje nic innego, żadne myśli czy uczucia, tylko pragnienie ucieczki. Gdy jest dość silny, (…) pozbawia nas wszystkiego, co czyni z nas tych, kim jesteśmy, aż w końcu zamieniamy się w stworzenia niższe niż zwierzęta, istoty łaknące tylko jednego - wyzwolenia.
Najstarszy jakoś mnie nie zachwycił, nie powalił na kolana. Komu mogę ją polecić? Zdecydowanie zaczynającym swoją przygodę z fantastyką nastolatków, ale praktycznie tylko jako kontynuację cyklu. U mnie na półce czeka jeszcze Brisingr... Może niebawem się za niego zabiorę, ciekawe co zastanę w kolejnej części...

sobota, 16 lipca 2016

"Zwiadowcy. Księga 10. Cesarz Nihon-Ja" John Flanagan

Tytuł: Zwiadowcy. Księga 10. Cesarz Nihon-Ja
Autor: John Flanagan
Cykl: Zwiadowcy
Tom: dziesiąty
Wydawnictwo: Jaguar
Ocena: 3.5/6



Czyż nie lepiej spokojnie znosić przeciwności losu, niż skargami na nie utrudniać życie sobie oraz innym?







Choć nie mam już nastu lat to co jakiś czas z wielką chęcią sięgam po kolejne tomy Zwiadowców, aż w końcu dotarłam do dziesiątej, jednej z ostatnich części tego cyklu. Jak spisał się Cesarz Nihon-Ja? Jak spędziłam czas z tą książką?
Horace przepadł bez śladu. Od czasu, gdy został wysłany z misją na ziemie cesarza Nihon-Ja, minęły już miesiące. Brak jakichkolwiek wiadomości martwi nie tylko Evanlyn. Również Will i Allys obawiają się najgorszego. Przyjaciele postanawiają opuścić Araluen i wyruszyć na egzotyczną wyprawę, by odkryć, jaki los stał się udziałem Horacego. Ku wielkiemu zdumieniu, odkrywają, że Horace zaangażował się w politykę Cesarstwa. Arogancki Senji Sect wystąpił przeciwko prawowitemu władcy i rycerz zdecydował się pozostać w dalekim kraju, by wspomóc obalonego cesarza. Teraz on i Will muszą wyszkolić ludzi do walki z zawodowymi, zaprawionymi w boju żołnierzami Senji’ego. Odpowiedzialność za losy kraju spoczywa również na barkach Allys i Evanlyn – we dwie wyruszają w niebezpieczną podróż, by szukać sprzymierzeńców wśród tajemniczych mieszkańców gór.

Za Cesarza Nihon-Ja zabrałam się z dość sporą radością, ale jednocześnie nie do końca wiedziałam, czego oczekiwać po tej książce, bo poszczególne tomy podobały mi się w różnym stopniu... Początkowo jakoś trudno było mi wejść w świat Zwiadowców na nowo. Przypuszczalnie dlatego, że od przeczytania poprzedniej części o podtytule Halt w niebezpieczeństwie minęło już dość sporo czasu... W ogóle jakoś do połowy, może trochę dłużej, jakoś trudno mi się czytało... Dopiero wtedy jakoś się wkręciłam, znowu weszłam w świat, akcja się rozkręciła, lektura sprawiała mi o wiele więcej radości i przyjemności. Jak w większości książek z tej serii – właściwa akcja rozkręca się mniej więcej w połowie albo nawet w 2/3 pozycji. Jeszcze większą sympatię niż wcześniej wzbudziły postacie kobiecie - Allys oraz Evanlyn. Język, jakim operuje John Flanagan – jest dla niego charakterystyczny, a w zasadzie dla Zwiadowców... Niezbyt skomplikowany, aczkolwiek niezbyt prostacki ani nie jest nieliteracki – idealny dla nastoletnich czytelników. Ponadto sam pomysł na cesarstwo Nihon-Ja jest dość ciekawy...
Bez ryzyka nie mamy szans na zwycięstwo. Rzecz w tym, by podejmować takie ryzyko, które się opłaci.


Czy polecam Cesarza Nihon-Ja? Nie jest to część, która spodobała mi się najbardziej, nie będzie należała do moich ulubionych, wręcz raczej do tych bardziej średnich. Nie zmienia to jednak mojej sympatii do tej serii, myślę, że chłopcy w wieku mniej więcej 10-15 lat mogą być nią wybitnie zachwyceni!

sobota, 2 lipca 2016

"Krew i stal" Jacek Łukawski

Tytuł: Krew i stal
Autor: Jacek Łukawski
Cykl: Kraina martwej ziemi
Tom: pierwszy
Wydawnictwo: Sine Qua Non
Ilość stron: 384
Ocena: 5/6

To jest honor! Stal, nasza i wasza, żywot. Pomyśl, ilu więcej zginie, ilu przegra, jeśli nie będą twardą skałą. A nie są, i wiesz o tym dobrze. Pomyśl – szepnął czart – co honor twój bardziej nadszarpnie: bajanie i straszna opowieść czy śmierć setek lub tysięcy niepewnych, gdy nadejdzie potrzeba.



Po literaturę fantastyczną sięgam z dużą przyjemnością, z prawie tak dużą jak po kryminały. W blogosferze czytałam wiele pozytywnych opinii na temat debiutu Jacka Łukawskiego pt. Krew i stal, więc postanowiłam zabrać się właśnie za nią jako lekturę na początek wakacji, zaintrygowana tytułem, opisem i opiniami...

Akcja książki dzieje się na granicy królestwa Wondettel, gdzie w wyniku klątwy powstaje miejsce przeklęte – Martwa Ziemia... To tam w dziwnych i tajemniczych okolicznościach giną ludzie, a w pewnym momencie oddział żołnierzy ma się przedostać na drugą stronę Martwej Ziemi, żeby w okolicach Smoczych Gór odnaleźć czarodziejskie artefaktów... Oddziałem żołnierzy dowodzi doświadczony wojskowy Dartor... Co takiego się stanie? Czy znajdą artefakty? Jakie przygody ich spotkają?
- [...] nie każdy stary miecz musi być czarodziejski, tak jak nie w każdej pieczarze smok ma przykutą księżniczkę, która czeka tylko, byście ją uwolnili.

- A po cóż uwalniać? Smoka ubić i cieszyć się tym, że dziewka nie ucieka.

Krew i stal to pierwszy tom cyklu o nazwie Kraina martwej ziemi, a jednocześnie bardzo mocny debiut Jacka Łukawskiego. Wiele podstępów, walk, scen batalistycznych, a fabuła opiera się na podróży bohaterów... Akcja toczy się w umiarkowanym tempie, a bohaterowie są wykreowani w sposób dość równomierny, ale jednocześnie są bardzo ciekawi... Tak samo jak cały świat stworzony przez autora – pełen różnych stworów i tajemniczych artefaktów oraz istot. Pozycję czytało im się dość przyjemnie, ale musiałabym przyzwyczaić się do archaizmów używanych przez autora, ale uważam, że jest to bardzo dobre zagranie, naprawdę dobrze to wpłynęło na mój odbiór książki. Muszę przyznać, że bardzo spodobał mi się ten klimat, cały ten świat i pomysł na książkę.

Czy polecam Krew i stal? Zdecydowanie tak, bo jest to naprawdę dość mocny i ciekawy debiut, choć momentami wyczuwałam podobieństwo do Zwiadowców Flanagana, choć już bardziej dla starszych czytelników. To był zdecydowanie miły czas!



sobota, 14 maja 2016

"Dług wdzięczności" Terry Goodkind

Tytuł: Dług wdzięczności
Autor: Terry Goodkind
Cykl: Miecz Prawdy
Tom: prequel
Wydawnictwo: Rebis
Ilość stron: 139
Ocena: 3/6




Wrogowie świadczą o twojej reputacji.






Z cyklem Miecz Prawdy zaczęłam się zapoznawać już kilka lat temu i od tamtego czasu sobie dawkuję poszczególne tomu. Ostatnio jednak postanowiłam trochę się cofnąć i tak więc zabrałam się za prequel owego cyklu.

Dług wdzięczności jest cieniutką książeczką, w zasadzie opowiadaniem, które dzieje się w świecie Miecza Prawdy. Tutaj poznajemy dużo młodszego czarodzieja - Zeddicusa Zu'l Zoranderajest. Wszystko toczy się wokół tego, że przychodzi do niego, do Aydindril, Abby szukając pomocy dla swojej osady. Jak może jej pomóc Pierwszy Czarodziej? Jak D'Harańczycy będą manipulować Abby? Jak jej spotkanie z Zeddem wpłynie na późniejsze losy Kahlan Amnell i Richarda Cyphera?

Dług wdzięczności to pozycja, która jest lekka i przyjemna w odbiorze. Ciekawie było poznać młodego Zedda oraz Abby, ich wcześniejsze losy oraz przygody. Samą książkę czytało mi się dość szybko, a że nie jest zbyt obszerna, więc przeczytałam ją w mgnieniu oka. Język, jakim autor operuje nie należy do jakiś mocno wykwintnych i wygórowanych, ale do prostackiego i nieliterackiego mu jednocześnie daleko – jest dość wypośrodkowany z tendencją do tego lepszego. Bohaterowie... No cóż... wiadomo, że młodsi, więc zupełnie inni, a w tej inności wydają mi się o wiele bardziej mdli niż w zasadniczych częściach. Ponadto akcja, której nie ma zbyt wiele, jednak jest to dość charakterystyczne dla twórczości Goodkinda. A fabuła... hm... pomysł jakoś nie do końca przypadł mi do gustu, no ale cóż..z tak bywa.

Dług wdzięczności w moim odczuciu wypada gorzej niż zasadnicze części cyklu Miecz prawdy, a można spokojnie czytać go bez prequela. Taka średnia książka, która nie powala na kolana...

sobota, 30 kwietnia 2016

"Wampir z MO" Andrzej Pilipiuk

Tytuł: Wampir z MO
Autor: Andrzej Pilipiuk
Wydawnictwo: Fabryka Słów
Ilość stron: 480
Ocena: 2.5/6



Sami widzicie, mózg wam zgnił, a gadacie z sensem, to znaczy, że dusza nie istnieje! Zombiaki są z grubsza jak ludzie.






Twórczość Andrzeja Pilipiuka poznałam już kilka lat temu, zapałałam od razu do niego sympatią i tak zostało do dziś. Właśnie dlatego podczas ostatniej wizyty w bibliotece zgarnęłam z półki książkę pt. Wampir z MO.

W książce tej poznajemy kolejne losy bohaterów z książki Wampir z M-3 mieszkających na warszawszkiej Pradze – wampirów Michała, Igora oraz Kasi. Tym razem są to opowiadania, powiązane ze sobą dość luźno, a serwujące sporą dawkę najróżniejszych postaci. Jakie losy im się przytrafią? Jaka ich rola będzie w Milicji Obywatelskiej? Co znajdziemy w poszczególnych opowiadaniach?
Major zdjął czapkę i teraz dopiero student spostrzegł na jego głowie imponujące rogi. - Zawarliście pakt z diabłem, to nie powinniście się niczemu dziwić. Piekło zawsze płaci fałszywym pieniądzem. 
Wampir z MO to kolejna pozycja Wielkiego Grafomana w moim czytelniczym życiu. Zabrałam się za nią bez większych oczekiwań, bo tak generalnie za wampirami nie przepadam. Zawsze stroniłam od Zmierzchu czy Pamiętników wampirów i tym podobnych. Kiedyś dałam szansę Wampirowi z M-3, teraz przyszła kolej na następne losy bohaterów – Wampira z MO. Czytało mi się ją naprawdę szybko, zresztą jak większość książek Pilipika, a wszystko za sprawą bardzo lekkiego pióra autora. Bohaterów w książce było dość sporo, a nie są oni zbyt dopracowani. Pomysły na opowiadania też nie do końca doszlifowane... Klimat PRL-u, MO, także niezbyt dopracowany, a do tego zombie i wampiry, za którymi nie przepadam... Wszystko po podsumowaniu daje średni efekt....

Wampir z MO w moim odczuciu wypadł średnio, wręcz dość marnie. Niedoszlifowana, niedopracowana... Taka czasami dość mdła... Czytało się szybko, ale nie jest to nic więcej niż tylko lekkie, niezobowiązujące i niezbyt ambitne czytadło.

sobota, 2 stycznia 2016

"Gra o Tron" George R.R. Martin

Tytuł: Gra o tron
Autor: George R.R. Martin
Cykl: Pieśń Lodu i Ognia
Tom: pierwszy
Wydawnictwo: Zysk i S-ka
Ilość stron: 844
Ocena: 4.5/6

Nigdy nie zapominaj o tym, kim jesteś, bo świat na pewno o tym nie zapomni. Uczyń z tego swoją siłę, a wtedy przestanie to być twoim słabym punktem. Zrób z tego swoją zbroję, a nikt nie użyje tego przeciwko tobie.






O Grze o Tron zrobiło się głośno, kiedy powstał serial na podstawie książki Georga R.R. Martina. Wtedy i ja o nim usłyszałam. Początkowo mnie w ogóle nie ciągnęło do tej serii... Najpierw chciałam przeczytać książkę, a później zobaczyć serial, jednak kolega ze studiów zachęcił mnie, abym jednak zaczęła od wersji serialowej. I tak zrobiłam. Przebrnęłam przez pierwszy sezon przy produkcji kartek okolicznościowych, później na żywioł poszedł drugi, no i przy trzy trzecim utknęłam... W międzyczasie z jakiejś okazji dostałam bon (czy jakkolwiek inaczej to nazwać – kupon?) na 100 zł do księgarni, więc jedną z książek, na którą przeznaczyłam ów prezent była właśnie Gra o Tron. Od czasu zdobycia tamtej książki minęło trochę czasu, aż w końcu ją przeczytałam...
Kiedy spada śnieg i wieje biały wiatr, samotny wilk umiera, ale stado przeżyje. Latem jest pora na kłótnie. Zimą natomiast musimy chronić się nawzajem, ogrzewać, dzielić myślami. Dlatego jeśli już musisz nienawidzić, to nienawidź tych, którzy naprawdę mogą nas skrzywdzić.
 Gra o Tron to obszerna powieść fantasy, która otwiera bardzo znany cykl Pieśń Lodu i Ognia autorstwa G.R.R.Martina. Lato się kończy, nadchodzi zima – mroźna i długa. Rządzić Siedmioma królestwami chce każdy, jednak władca jest jeden - Robert Baratheon, który za swojego namiestnika wybiera Lorda Eddarda Starka... Rządzący poszczególnymi królestwami chcą rządzić wszystkimi Siedmioma Królestwami... Tak więc poznajemy wszystkie rody po kolei poprzez opisy z perspektywy przedstawicieli poszczególnych rodzin... Kto zdobędzie Żelazny Tron? Kto wygra tytułową grę o niego? Kto na nim za siądzie? Co na to Robert Robert Baratheon? Jakie losy czekają bohaterów?

Czytanie "Gry o Tron" w pociągu
Muszę przyznać, że za Grę o Tron zbierałam się naprawdę długo, a czytałam ją niewiele krócej... Po obejrzeniu pierwszych dwóch sezonów serialu wiedziałam już mniej więcej czego spodziewać się po książce. Mniej więcej połowę „połknęłam” praktycznie od razu i... utknęłam... Naprawdę na długo... Po prostu nie potrafiłam przebrnąć dalej. Wątków jest multum, a około 70% książki to swoisty wstęp do tego co wydarzyło się w pozostałej części, a było naprawdę ciekawe. Moim zdaniem mogłyby być trochę zmienione proporcje. Ów długi początek jest opisem losu bohaterów, ich historii, marzeń i miłostek... Naprawdę dobrze jest poznać postacie, których jest sporo i są naprawdę barwne, różnorodne i nadzwyczaj nietuzinkowe. Momentami było to dla mnie zbyt dużo ich opisów i chyba właśnie dlatego utknęłam w trakcie lektury. Nie zmienia to faktu, że postacie stworzone przez autora wzbudzają zarówno sympatię jak i momentami nienawiść. Powieść jest wielowątkowa i wielotorowa, przez co czasami trudno było mi się połapać w tym o co chodzi w danym momencie i co z czym połączyć. No i też George R.R. Martin słynie z tego, że w jego książkach trup ściele się naprawdę gęsto. Muszę przyznać, że świat Siedmiu Królestw stworzony przez autora jest godny podziwu z racji ogromu szczegółów, jakie się pojawiają w opisach. Świat, jaki stworzył jest naprawdę wspaniały, jednak można było się w nim czuć trochę zagubionym. Ilość lordów jest naprawdę zadziwiająca i mogą się oni czasami mieszać, jednak książka jest napisana językiem świetnym, kwiecistym bardzo dobrze pasującym do fabuły i do owych bohaterów... 
Czym jest honor wobec miłości do kobiety? Czym jest obowiązek wobec radości, jaką się czuje, kiedy trzyma się w ramionach nowo narodzonego syna... albo wspomnienia uśmiechu barta? Wiatr i słowa. Słowa i wiatr. Jesteśmy tylko ludźmi, których bogowie uformowali do miłości. Oto istota naszej chwały i naszej tragedii...
O Grze o Tron jest mi trudno pisać, ponieważ skończyłam ją z dość mieszanymi uczuciami. Generalnie książka jest napisana dość dobrze, ze świetnie wykreowanymi postaciami, genialnym światem. Podczas lektury zdecydowanie nie mogłam narzekać na brak nudy, jednak czasami czułam się trochę zagubiona w natłoku postaci i to właśnie chyba z tego powodu skończyłam książkę z mieszanymi uczuciami i na długo utknęłam w lekturze. Nie zmienia to faktu, że mam w planach przeczytać kolejne tomy z cyklu Pieśń Lodu i Ognia, a samą Grę o Tron polecam miłośnikom fantasy, ale nie tylko;)

Przysięgam ci, o wiele trudniej jest siedzieć na tronie, niż go zdobywać. Wydawanie praw to żmudna praca, podobnie jak liczenie miedziaków. Do tego jeszcze ludzie… tłumy ludzi. Siedzę na tym cholernym żelaznym tronie i wysłuchuje ich narzekań, aż mi drętwieje tyłek, i rozum także. Wszyscy czegoś chcą, pieniędzy, ziemi albo sprawiedliwości.

sobota, 12 grudnia 2015

" Alastors: Człowiek zza Słońca" Michał Cieczko

Tytuł: Alastors: Człowiek zza Słońca
Autor: Michał Cieczko
Wydawnictwo: Witanet
Ocena: 4/6


Nie zrozum mnie źle, ale uważam, że na tym świecie są rzeczy ważniejsze niż alastorzy – Aran milczał. - Podatki i śmierć. One są zawsze, a wy przychodzicie i odchodzicie. Wy jesteście nieregularnym cyklem, a podatki i śmierć są regularnym. Głównie interesuje mnie to pierwsze, ale śmierć też zaprząta mi głowę.






Lubię fantastykę, ale żeby się zabrać za jej lekturę muszę nabrać weny, muszę mieć na nią zdecydowaną ochotę, żeby wczuć się w ten zupełnie inny świat, zupełnie różnych postaci. Ostatnio miałam okazję zabrać się za debiutancką książkę polskiego autora Michała Cieszko pt. Alastors: Człowiek zza Słońca.

Opis wydawcy:
Według legend każde pokolenie w krainie zwanej Alasterią ma swojego alastora. Człowieka, który wychodzi przed szereg i ma przeznaczone by zmienić świat. Aran jest jednym z nich, chociaż nigdy się o to nie prosił. Nie chce być bohaterem, pragnie tylko wrócić do domu. Jest obcy, ale nie tylko dlatego, że jest alastorem. Jest Człowiekiem zza Słońca. Nie wie jednak jak trudna jest to droga, a wiele osób chce wykorzystać jego Dar. Na drodze alastora stają wielka polityka, istoty bez ciał i bezwzględni bogowie. Aran musi stawić im czoła oraz samemu sobie jeśli chce jeszcze zobaczyć dom. Dom, który widzi codziennie w nawiedzającym go śnie, który każe mu zniszczyć Słońce. To jego droga.

Alastors: Człowiek zza Słońca to niezbyt obszerna książka, która od samego początku mnie ona bardzo intrygowała, więc zabrałam się za jej lekturę nie czekając zbytnio na moją ochotę czytania fantastyki. Początkowo trochę ciężko było mi się wbić do tego świata, do świata Alastora, jednak po przebrnięciu początku poszło już o wiele lepiej. Sam pomysł na fabułę jest naprawdę ciekawy, pomysłowy i bardzo intrygujący. Jednak jest to książka, która jest napisana dość prostym językiem, momentami niezbyt literackim, czasami aż nazbyt prostym... No, ale z racji tego, że jest to debiut literacki – jestem wyrozumiała. Fakt, nawet jak na debiut mogłaby być ciut lepsza, zwłaszcza, że po pewnym czasie od przeczytania sama książka średnio zapada w pamięć... Jednak czyta się dość przyjemnie, więc nie jest źle;)

Gdy patrzę na mrówki wiem, że każda z nich ma swoje zadanie. Każda pracuje dla dobra mrowiska i zna swoje miejsce. Nie musi myśleć o przyszłości, bo wie, co będzie robić jutro. Ale gdy patrzę na ludzi, to już nie mam takiego odczucia. Nikt z nich nie wie, co będzie robić jutro, nie ma dla siebie celu. Do niczego nie dążą.

Alastors: Człowiek zza Słońca to książka całkiem niezła jak na debiut, średnio zapada w pamięć, ale czyta się ją szybko i można z nią spędzić miło czas. Jestem ciekawa jak autor rozwinie się w pisaniu i jakie będzie miał pomysły na następne książki. 

Za możliwość przeczytania książki dziękuję wydawnictwu Witanet.
http://www.witanet.net/

środa, 2 września 2015

"Seteeria - Strażnicy światła" Danuta Morawska






Tytuł: Seteeria - Strażnicy światła
Autor: Danuta Morawska
Wydawnictwo: Witanet
Ocena: 3/6









Czy istnieją równoległe światy? Czy to możliwe, żeby istniało jakiekolwiek inne życie niż to, które znamy? A co jeżeli Ziemia chyli się ku upadkowi? O tym właśnie traktuje książka Danuty Morawskiej zatytułowana Seteeria - Strażnicy światła.

Dwie siostry – Kamila oraz Nathalie – podczas wakacyjnej wyprawy do lasu odkrywają magiczne przejście do innej planety, innego świata, do Seteerii. Tam poznają mieszkańców tamtejszej planety, między innymi tytułowych Strażników światła oraz wiele innych postaci… Orientują się, że Ziemia chyli się ku upadkowi, a mieszkańcy Seteerii mogą pomóc ją uratować… Tam także uczą się różnych, nowych umiejętności, takich jak chociażby wsłuchiwanie się w mowę roślin. Tam poznają swoistą magię… Siostry jednak martwią się, że nikt im nie uwierzy… Jednak okazuje się, że jakiś związek ma z tym starszy brat dziewczynek… Co on takiego robi całymi dniami zamknięty w swoim pokoju? Jakie ma pojęcie o Seteerii? Czy dziewczynki mogą zaufać bratu, z którym zawsze rywalizują? Czy uda im się ochronić Ziemię przed klęską? 

Seteeria - Strażnicy światła to niezbyt długa książka z kategorii fantasy, o której nigdy wcześniej nie słyszałam, zresztą o autorce także nie miałam pojęcia…. Sięgnęłam po nią zaciekawiona i zaintrygowana…. Okazała się ona być książką praktycznie jednowątkową z niezbyt dużą ilością bohaterów.  Pomysł na fabułę jest naprawdę w porządku, choć na mój gust niezbyt dopracowany – gdyby autorka bardziej go doszlifowała, książka wypadłaby znacznie lepiej. Siostry są do siebie bardzo podobne z charakteru, praktycznie identyczne. W moim odczuciu są bardzo mdłe i mało charakterystyczne czy zapadające w pamięć. Za to taką postacią jest brat dziewczynek – Konrad. A postacie z Seteerii są takie średnie – mogły by być trochę bardziej dopracowane, ale jednak nie jest źle… Jest walka dobra ze złem, jest dawka fantasy, ale jednak pozycja nie zachwyca – wypada średnio, przez bohaterów, jednowątkowość oraz niezbyt wyróżniający się język.

Podsumowując książka Seteeria – strażnicy światła to pozycja po prostu średnia, niezbyt zapadająca w pamięć… Co prawda ma ciekawy pomysł na fabułę, ale nie dopracowany, zresztą jak większość bohaterów i sytuacji w tej pozycji. Polecam tę książkę, jako eksperyment, ale nie jest to pozycja bardzo ambitna czy jakoś bardzo ciekawa. Po prostu średnie czytadło…

Za możliwość przeczytania książki dziękuję:


poniedziałek, 31 sierpnia 2015

"Carska manierka" Andrzej Pilipiuk

Tytuł: Carska manierka
Autor: Andrzej Pilipiuk
Wydawnictwo: Fabryka Słów
Ilość stron: 347
Ocena: 4/6


 
Ale na miłość i głupotę nie ma lekarstwa... A może jest ? Może miłość to też wirus ? Przecież atakuje nagle, oszałamia na parę tygodni, a potem mija albo przechodzi w łagodniejsze stadium chroniczne.






Carska manierka to kolejna książka autorstwa Andrzeja Pilipiuka, jaką miałam okazję przeczytać. Wielki Grafoman napisał ich naprawdę wiele, więc co jakiś czas sięgam po kolejne jego pozycje, a szczególnie darzę sympatią jego zbiory opowiadań, więc tym bardziej nie miałam obiekcji przy zgarnianiu tej pozycji z bibliotecznej półki.

Jak już wspominałam Carska manierka to zbiór ośmiu opowiadań które można sobie dawkować albo przeczytać jednym tchem. Miód umarłych opowiada o dziwnym trzmielim miodzie oraz splądrowanych mogiłach z powstania styczniowego. Czarne parasole to połączenie lat 20. ostatniego stulecia oraz cyfrowych aparatów. Tajemnica Góry Bólu to opowiadanie o poszukiwaniu Arki Noego przez Pawła Skórzewskiego oraz jego krewnym Aleksandrem… Pozostałe opowiadania to Album, Rehabilitacja Kolumba, Śmierć pełna tajemnic, Na dnie mogiły oraz Manierka… O czym one opowiadają? Na jakie pomysły przy ich tworzeniu wpadł Wielki Grafoman?

Nie skleisz stłuczonej szklanki. Nic już nie będzie takie, jak dawniej - czytałem, notując jednocześnie. Zacznij żyć bardziej w teraźniejszości. Pył wieków niech zalega w spokoju. Co się stało, nie odstanie się. Dziewczyna jest piękna, ciepła i miękka. Kości i kamienie są zimne, twarde, martwe. Nie wskrzesisz zapomnianych miejsc, czasów ani opowieści.

Carska manierka to zbiór, który zdecydowanie przypadł mi do gustu. Najbardziej chyba spodobało mi się opowiadanie pt. Czarne parasole – muszę przyznać, że autor wpadł na bardzo interesujący pomysł na opowiadanie i dość ciekawie go zrealizował. Zresztą wszystkie opowiadania trzymają odpowiedni poziom. Różnią się od siebie fabularnie, ale jednak tworzą klimatycznie jedną, spójną całość… Są lepsze i gorsze tytuły w tym zbiorze, ale jednak żadne z nich jakoś drastycznie nie odstaje. Andrzej Pilipiuk napisał te opowiadania w charakterystycznym dla siebie stylu, językiem godnym Wielkiego Grafomana… Każde z nich ciekawie spuentowane, nieraz zakończenie mnie zaskoczyło i wywołało na mojej twarzy uśmiech. Generalnie dość dobrze napisana książka – ciekawa oraz wciągająca. 

Carska manierka to książka godna polecenia i przeczytania. Solidna, porządna dawka opowiadań fantasy, z którymi bardzo miło spędziłam czas. Naprawdę ciekawa pozycja – zdecydowanie warto po nią sięgnąć. Zapewni ona miło spędzony czas – polecam!

Carska manierka i sushi <3



środa, 26 sierpnia 2015

"Rzeźnik drzew" Andrzej Pilipiuk

Tytuł: Rzeźnik drzew
Autor: Andrzej Pilipiuk
Wydawnictwo: Fabryka słów
Ilość stron: 488
Ocena:2,5/6



Jak kto nie żyje, to ma nie fikać, tylko grzecznie w piachu leżeć. A jak nie leży, to nasz zafajdany obowiązek takiego położyć.







Andrzej Pilipiuk to jeden z tych autorów, po których sięgam z wielką chęcią w ramach odstresowania. Właśnie jedną z jego książek jego autorstwa po jaką sięgnęłam jest właśnie pozycja pod tytułem Rzeźnik drzew.

Rzeźnik drzew jest zbiorem dwunastu opowiadań, a ich tytuły to chociażby Operacja „Jajca”, Serce kamienia, Ślad oliwy na piasku czy Sprawa Filipowa. Co prawda nie są ze sobą połączone fabularnie, ale jednak mają swój motyw przewodni – postać profesora Skórzewskiego, który przewija się w części opowiadań… Jakie przygody go spotkają tym razem? Co takiego go spotkało? Jacy są bohaterowie pozostałych opowiadań?


Elektronika - ziemska cywilizacja właśnie tym wynalazkiem ostatecznie podpisała na siebie wyrok śmierci i otworzyła śluzy, przez które wpłynie jad zagłady. Już wcześniej nietrwałość wyrobów sprawiła, że żyli pośród gór śmieci. Internet pozwolił wprowadzić ten śmietnik bezpośrednio do domów, serc i umysłów.

Rzeźnik drzew to jedna z tych opowiadaniowych pozycji Pilipika – kolejna, z jaką miałam kontakt, no i jedna (i kolejna) z tych, które mam na swojej półce, a lekturę mam za sobą…. Zaczęłam czytać i muszę przyznać, że przebrnęłam przez nią naprawdę dość szybko. Muszę przyznać, że to chyba jeden z gorszych zbiorów w wykonaniu Pilipiuka. Co prawda lubię sposób w jaki Andrzej Pilipiuk posługuję się językiem - bardzo lekki i przyjemny w odbiorze… Opowiadania jakie pisze są pełne pomysłów, które równie dobrze można by wykorzystać w powieściach – pod warunkiem dobrego i konsekwentnego wykorzystania tematu. Jednak żadne z opowiadań nie zapadło jakoś szczególnie w pamięć - mogłyby być o wiele bardziej doszlifowane… Klimat jest naprawdę szczególny, charakterystyczny dla autora - Carska Rosja, PRL czy chociażby wieś na zachodnim pomorzu… Takie otoczenie będące tłem w twórczości Plipiuka bardzo mi się podoba, jednak nie zmienia to faktu, że opowiadania były mdławe… No cóż, bywa i tak… Wielki Grafoman nie bez przyczyny zdobył takie miano…

Ziemska cywilizacja dokonała dziwnego skrętu, coś przetrąciło jej kręgosłup. Nie potrafili w porę zatrzymać postępu i teraz technika pożera świat. Nawet nie dostrzegają, jak bardzo zmieniła się ich mentalność... Nie umieją już żyć bez ułatwień. Zmiękli, zdegenerowali się, wyrodzili. Nie są w stanie cieszyć się codziennym trudem, wysiłkiem, bólem zmęczenia. Płaczą, że nie mają prac, a jednocześnie od setek lat konstruują coraz wymyślniejsze maszyny, by się od tej pracy uwolnić.


Podsumowując, zbiór opowiadań Andrzeja Pilipiuka pt. Rzeźnik drzew jest pozycją, która jakość szczególnie nie zapada w pamięć… Nie ukrywam, że w moim odczuciu autor jest lepszy w swoich opowiadaniach, aniżeli w powieściach, jednak ten zbiór i tak nie jest jakiś szczególny… Jednak miło spędziłam z tą książką czas....

wtorek, 11 sierpnia 2015

"Zaginiona" Andrzej Pilipiuk

Tytuł: Zaginiona
Autor: Andrzej Pilipiuk
Wydawnictwo: Fabryka słów
Ilość stron: 352
Ocena: 4/6



Nasza rzeczywistość jest jak zamarznięty staw. Większości ludzi wystarczy ślizganie się po powierzchni. Czasem jednak lód trochę nadpęknie.






Twórczość Andrzeja Pilipiuka poznałam już parę lat temu, w czasach liceum, a to wszystko dzięki mojemu poloniście, który co rusz podrzucał mi nazwiska kolejnych autorów oraz tytuły kolejnych książek (bio-chem tak bardzo;). Z racji tego, że sam jest wielkim fanem Jakuba Wędrowicza polecił mi właśnie Andrzeja Pilipiuka i tak już trwa ta historia, która w moim przypadku zaczęła się od serii o kuzynkach Kruszewskich. No i czas na jej nową część napisaną po 10 latach, na Zaginioną...

Książka składa się z dwóch części. Pierwsza – dłuższa – to właśnie Zaginiona, opowieść o wyspie Friesland, wyspie, której nie ma na mapach... Jednak na jednej z aukcji kuzynki poznają niezbyt bogatą dziewczynę, z którą rywalizują o wygranie specjalnej mapy skreślonej na koziej skórze, mapy owej wyspy... Katarzyna oraz Stanisława dają młodej kobiecie wygrać tę mapę, ale jednak okazuje się, że muszą się dostać do tego miejsca, a jedyną osobą która im może pomóc jest właśnie ta dziewczyna.... Drugą częścią jest opowiadanie pt. Czarne skrzypce, które podejmuje temat dziwnego instrumentu, który zmienia osoby, które na nim grają... I właśnie na jego trop natrafiają kuzynki Kruszewskie...

Są tacy, którzy coś robili i w rezultacie odchodzą spełnieni, pozostawiając po sobie wspaniałe kolekcje, bogate biblioteki, własnoręcznie wymalowane obrazy lub inne przedmioty stanowiące efekt wieloletniej pracy twórczej. Ale często obok nas żyją ludzie, których potrzeby kulturalne i ciekawość świata całkowicie zaspokaja medialna papka. Tacy, dla których wyzwaniem intelektualnym jest przeczytanie książki telefonicznej.

Zaginiona to książka, po którą sięgnęłam z nieskrywaną przyjemnością, ponieważ stęskniłam się już za kuzynkami Kruszewskimi... Pozycję czyta się naprawdę szybko i przyjemnie, a to za sprawą języka jakim posługuje się autor – lekki, trafiający do czytelnika, niezbyt prostacki, ale też nie jest jakiś bardzo poważny. Jednak muszę przyznać, że względem fabuły oczekiwałam trochę więcej. Opowiadanie Czarne skrzypce jest pod tym względem skonstruowane dość dobrze, ale jednak w Zaginionej jak na mój gust działo się trochę zbyt mało... Ale sam pomysł na wyspę, której nie ma na mapach, bardzo przypadł mi do gustu, naprawdę... Mógłby być tylko ciut lepiej wykorzystany. Postacie kuzynek wciąż charakterystyczne, utrzymane na dobrym poziomie... Momentami jedynie drażniły mnie opisy owej dziewczyny z aukcji, która wylicytowała mapę – Anny Czwartek. No bywa, nie zawsze wszyscy bohaterowie podejdą... Tak było w tym przypadku...

Przechodząc już do podsumowania - Zaginiona to pozycja lekka i przyjemna w odbiorze, jednak nie zmienia to faktu, że należy raczej do czytadeł, aniżeli do jakiejś literatury wyższych lotów. Pilipiuk ma ciekawe pomysły, jednak (jak w tym przypadku) nie do końca wykorzystane. Czasami mam wrażenie, że idzie na ilość wydanych książek, a nie na jakość... Jednak no cóż... Po inne książki chętnie sięgnę, ale bez większych oczekiwań... 

czwartek, 23 kwietnia 2015

"Świątynia Wichrów" Terry Goodkind

Tytuł: Świątynia Wichrów
Autor: Terry Goodkind
Seria: Miecz prawdy
Tom: czwarty
Wydawnictwo: Rebis
Ilość stron: 712
Ocena: 4/6


Nie możemy prawdziwie kochać, dopóki nie wybaczymy innym najgorszych występków, jakie wobec nas popełnili.





Miecz prawdy poznałam już dość dawno, ale przyznaję, że miałam dość długą przerwę, aż w końcu postanowiłam wrócić do tej serii i kontynuować przygodę z jej bohaterami. Przyszedł więc czas na tom czwarty – Świątynia Wichrów.

W tym tomie poznajemy kolejne przygody znanych już bohaterów - Richarda Cyphera oraz Kahlan Amnell. Poszukiwacz jako Lord Dahl ma za zadanie walczyć z zarazą moru, który panuje w D'Harze, a w międzyczasie dowiaduje się, że ma przyrodniego brata  - Drefana. No i oczyście nie zabraknie spotkań ze znanymi już bohaterami tacy jak Błotni Ludzie, Zedd, prorok Nathan czy Verna. A czym jest tytułowa Świątynia Wichrów? Jakie niebezpieczeństwa na nich czyhają? Co tym razem wymyślili ich wrogowie?

Czwarte prawo magii: W przebaczeniu, czy to w tym, które dajesz, czy w tym, które uzyskujesz, tkwi magia. Magia, która uzdrawia.

Sięgnęłam po Świątynię Wichrów z tęsknoty za Mieczem Prawdy i bohaterami tej serii. Brakowało i tego świata, więc pełna zapału sięgnęłam po ten tom. Zaczęłam ją czytać i niemiłosiernie się w nią wciągnęłam. Do tego czasu zauważyłam pewną prawidłowość dotyczącą książek Goodkinda – są naprawdę wyjątkowo fascynujące i pochłaniające, jak zacznę czytać to ciężko przestać, ale jednak muszę sobie je dawkować porcjami. Takie trochę dziwne, czyż nie?

Nie wiem, czy istnieją niewybaczalne błędy. Mogą być niewybaczalne zdrady, ale nie błędy. Gdybyśmy zaczęli skazywać ludzi na śmierć za błędy, to obawiam się, że już dawno bym nie żył. Wciąż je popełniam. Niektóre były całkiem poważne.

Świątynia Wichrów to pozycja, która fabularnie jest momentami przewidywalna i schematyczna – akcja toczy się początkowo dość powoli, dopiero pod koniec się rozkręca. Jednak mimo tego jest to pozycja naprawdę ciekawa i dobrze napisana. Wyczuwalna jest w nim magia i odpowiedni klimat, a język jakim operuje autor przedstawia ten świat tylko potęguje owo uczucie. Bohaterowie, z którymi się spotkałam, są tak samo ciekawie wykreowani, jeszcze bardziej dopieszczeni – mogłam ich poznać z innej strony, poznać ich nowe cechy. No i już nie mogę się doczekać, jak poznam ich kolejne losy;) Świątynia Wichrów to godna przeczytania i wciągająca książka o miłości, poświęceniu, walce oraz przebaczeniu, dzięki której szybciej zajrzę po następne części cyklu.