Pokazywanie postów oznaczonych etykietą wyzwanie - Polacy nie gęsi.... Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą wyzwanie - Polacy nie gęsi.... Pokaż wszystkie posty

sobota, 24 października 2015

"Życie na pełnej petardzie czyli wiara, polędwica i miłość" ks.Jan Kaczkowski, Piotr Żyłka.

Tytuł: Życie na pełnej petardzie czyli wiara, polędwica i miłość
Autor: Jan Kaczkowski, Piotr Żyłka
Wydawnictwo: WAM
Ilość stron: 248
Ocena: 5,5/6



Powtarzam jak mantrę: w sprawach zasadniczych - jedność, w drugorzędnych - wolność, a nad wszystkim – miłosierdzie.





Życie na pełnej petardzie czyli wiara, polędwica i miłość to pozycja, którą najpierw zobaczyłam wśród książek mojej Mamy, później usłyszałam od niej od koleżanki. W końcu stwierdziłam, że przyszedł czas i na mnie, więc zgarnęłam ją z maminej półki i zabrałam się za czytanie, choć nie miałam pojęcia o czym jest ta książka i kim jest ks. Jan Kaczkowski. Wiedziałam tylko tyle, że on sam nazywa siebie nazywa onkocelebrytą... W swoim wywiadzie z Piotrem Żyłką opowiada swoją historię, która miałam właśnie okazję przeczytać.

Posłuszeństwo (...) nie zwalnia ani przełożonego, ani podwładnego z myślenia i z wartościowania moralnego. Nikt nikomu przez posłuszeństwo nie odebrał władzy krytycznego rozumu.

Rak, który dotknął młodego księdza to dla niego wielki szok. I tak ledwie go dopuścili go do święceń. Głównie z powodu ogromnej wady wzroku oraz swoich różnych chorób. Mimo wszystko, mimo kłód rzucanych pod nogi został księdzem, mimo problemów z przełożonymi w końcu nim został. Mimo problemów zdrowotnych zdobył siły, żeby otworzyć Puckie hospicjum po wezwaniem św. Ojca Pio, a także zbierać środki na jego budowę oraz utrzymanie. W międzyczasie , na domiar złego pewnego dnia dowiedział się, że choruje na raka, a konkretnie dopadł go wielopostaciowy glejak czwartego stopnia. W rozmowie z Piotrem Żyłką opowiada o swojej młodości, problemach w seminarium, swojej chorobie, budowie hospicjum....

Skoro w najważniejszym dla was, katolików, momencie, kiedy Bóg zstępuje na ziemię, nie jesteście w stanie nawet uklęknąć, to czemu się dziwić, że ci sami katolicy po wyjściu z kościoła nienawidzą się i kradną.

Życie na pełnej petardzie czyli wiara, polędwica i miłość to książka, która wywarła na mnie naprawdę spore wrażenie. Przede wszystkim szczerością. Jednocześnie pytaniami Piotra Żyłki, który nie boi się tematów tabu, a także księdza Jana Kaczkowskiego, który bez skrępowania opowiada o swoich przeżyciach, swojej historii powołania oraz choroby. Ksiądz Jan nie boi się drażliwych tematów – opowiada o raku, powołaniu, in vitro, wpadkach popełnianych przez kapłanów. Zdecydowanie jest to rozmowa o wszystkim, rozmowa bez tabu... A sam ksiądz Jan jest osobą bardzo ciepłą, niezwykle mądrą, a także nader inteligentną osobą, która nie boi mówić się o swojej chorobie, o problemach, o tabu...

O cud można się modlić, ale cudu nie należy się spodziewać. One nie dzieją się na zawołanie ni nie można ich na Panu Bogu wymusić.

Życie na pełnej petardzie czyli wiara, polędwica i miłość to książka, która zdecydowanie do mnie przemówiła. Przede wszystkim swoją bezpośredniością, tematami podejmowanymi przez autorów... Dużo jest rozmów o rodzinie, przeszłości, seminarium oraz puckim hospicjum... Wszystko w duchu pokory i posłuszeństwa Kościołowi, ale jednocześnie z nieskrywaną odwagą i dystansem... Co prawda oczekiwałam większej ilości rozmów o wierze i chorobie, ale jednak i tak mnie ta książka zadowoliła. Ba! Nawet więcej niż zadowoliła. Jestem nią zafascynowana! Humorem ks. Kaczkowskiego, jego podejściem do Kościoła, wiary i choroby. Jego osobowością, charakterem, siłą...


Chrześcijaństwo nie jest religią cierpiętników. Bóg zbawił świat przez własne cierpienie. On, wielki Bóg w człowieczym ciele, wziął na siebie całe cierpienie świata. Ale naprawdę: Bóg nie potrzebuje naszego bólu, żeby jeszcze doskonalej zbawić świat. Dobrze wiemy, że wystarczyłaby jedna kropla krwi Chrystusowej, żeby cały świat był zbawiony. Świat już jest odkupiony i zbawiony!


Życie na pełnej petardzie czyli wiara, polędwica i miłość to książka, którą pochłonęłam naprawdę szybko i jestem z tej lektury naprawdę zadowolona. W swoim życiu nie czytałam zbyt wielu wywiadów - rzek, jednak zdecydowanie ją polecam. Nie tylko osobom wierzącym, ale także osobom, dla których religia jest obojętna, ale ciekawi ich tematyka raka, choroby, a także postrzegania Kościoła przez kapłana. Teraz czas zacząć na polowanie drugi wywiad – rzekę z ks. Kaczkowskim pt. Szału nie ma, jest rak.

Bo jeżeli drugą osobę kocham miłością prawdziwą, nieegoistyczną i utylitarną i w pierwszej kolejności zależy mi na jej dobru, to nie jestem w stanie wyrządzić jej krzywdy i rzeczywiście w tej miłości można robić, co się chce. Wówczas nigdy tym drugim nie pogardzimy, nie potraktujemy go przedmiotowo.

niedziela, 27 września 2015

"Domofon" Zygmunt Miłoszewski

Tytuł: Domofon
Autor: Zygmunt Miłoszewski
Wydawnictwo: W.A.B.
Ilość stron: 333
Ocena: 5/6



Ludziom miesza się rzeczywistość z wyobraźnią. Wstydzą się tego, o czym pomyśleli, są dumni z rzeczy, których nie zrobili, kochają tych, których nie znają, i nienawidzą tych, o których tylko słyszeli.





Zygmunt Miłoszewski to autor, o którym zrobiło się szczególnie głośno dzięki cyklowi z prokuratorem Teodorem Szackim w roli głównej i to właśnie głównie z tym cyklem jest kojarzony. W swoim dorobku ma jednak także horror osadzony w polskich realiach pod tytułem Domofon, którą niedawno skończyłam czytać.

Warszawa, dokładniej Bródno i jeden z bloków na tym osiedlu. To właśnie do niego wprowadza się Agnieszka i Robert – młode małżeństwo, które w stolicy pragnie rozpocząć nowe życie. Jednak od samego początku zaczynają się tam dziać dziwne rzeczy – zaczyna się drastycznie od trupa w windzie. Później jest jeszcze bardziej straszniej– wszystkich mieszkańców dręczą koszmary, połowa mieszkań stoi pusta, a wszystkie możliwości wyjścia przez drzwi czy okna zostaje w tajemniczy sposób zostaje zablokowana uniemożliwiając mieszkańcom wyjście z bloku. Co takiego tam się dzieje? Dlaczego dzieją się tam tak dziwne rzeczy? Dlaczego dochodzi do morderstw? Dlaczego mieszkańcy są uwięzieni w swoim własnym bloku? Jakie mroczne moce dręczą koszmarami 
lokatorów?
Nie chcę się bawić w filozofowanie, ale nie ma człowieka, który nie nosiłby w sobie wielkich traum, lęków, prawdziwych lub urojonych win, marzeń gwałcących wszelkie normy społeczne. Zepchnięte w najdalsze zakamarki psychiki, czynią nas bezradnymi, kiedy pojawiają się na powierzchni. Przez całe życie uczymy się udawać, że ich nie ma, zamiast stawać z nimi twarzą w twarz. Zmuszeni do tej konfrontacji, przegrywamy, choć moglibyśmy zwyciężyć. Wybieramy najłatwiejsze wyjście: ucieczkę. A ucieczką od samego siebie może być tylko śmierć lub szaleństwo.

Domofon jest książką, którą kupiłam na jakiejś wyprzedaży skuszona nazwiskiem, ponieważ poznałam jego twórczość dzięki Uwikłaniu z Teodorem Szackim w roli głównej. Jest także debiutem Miłoszewskiego, o czym dowiedziałam się dopiero po przeczytaniu. Muszę jednak przyznać, że autor spisał naprawdę dobrze... Na początku książka ma klimat bardziej kryminału aniżeli horroru, akcja momentami też akcja nie toczy się zbyt szybko, ale jednak autor nadrobił to szerokim wachlarzem postaci, które są dość charakterystyczne i bardzo różne, co daje naprawdę sporo przyjemności podczas czytania. Pomysł na książkę jest bardzo ciekawy, wykonanie też bardzo dobre, zwłaszcza biorąc pod uwagę to, że to debiut, a do tego zakończenie, które naprawdę mnie zaskoczyło i wbiło w fotel... Naprawdę wielkie brawa dla Miłoszewskiego za tak dobrą pierwszą książkę.

Zachowania wielkopłytowych społeczności sprzyjają tajemnicy. Nikt nikogo nie zna, nikt z nikim nie rozmawia, nikt się do nikogo nie wtrąca. Dopóki nie cuchnie rozkładającym się trupem, wszystko jest w porządku.

Podsumowując Domofon to książka dobra, z dreszczykiem emocji, dobrze skonstruowaną intrygą, a przede wszystkim ciekawym i dobrze zrealizowanym pomysłem. Zdecydowanie warto po nią sięgnąć. Polecam ją szczególnie wszystkim miłośnikom kryminału oraz literatury grozy – na pewno się nie zawiodą.

środa, 2 września 2015

"Seteeria - Strażnicy światła" Danuta Morawska






Tytuł: Seteeria - Strażnicy światła
Autor: Danuta Morawska
Wydawnictwo: Witanet
Ocena: 3/6









Czy istnieją równoległe światy? Czy to możliwe, żeby istniało jakiekolwiek inne życie niż to, które znamy? A co jeżeli Ziemia chyli się ku upadkowi? O tym właśnie traktuje książka Danuty Morawskiej zatytułowana Seteeria - Strażnicy światła.

Dwie siostry – Kamila oraz Nathalie – podczas wakacyjnej wyprawy do lasu odkrywają magiczne przejście do innej planety, innego świata, do Seteerii. Tam poznają mieszkańców tamtejszej planety, między innymi tytułowych Strażników światła oraz wiele innych postaci… Orientują się, że Ziemia chyli się ku upadkowi, a mieszkańcy Seteerii mogą pomóc ją uratować… Tam także uczą się różnych, nowych umiejętności, takich jak chociażby wsłuchiwanie się w mowę roślin. Tam poznają swoistą magię… Siostry jednak martwią się, że nikt im nie uwierzy… Jednak okazuje się, że jakiś związek ma z tym starszy brat dziewczynek… Co on takiego robi całymi dniami zamknięty w swoim pokoju? Jakie ma pojęcie o Seteerii? Czy dziewczynki mogą zaufać bratu, z którym zawsze rywalizują? Czy uda im się ochronić Ziemię przed klęską? 

Seteeria - Strażnicy światła to niezbyt długa książka z kategorii fantasy, o której nigdy wcześniej nie słyszałam, zresztą o autorce także nie miałam pojęcia…. Sięgnęłam po nią zaciekawiona i zaintrygowana…. Okazała się ona być książką praktycznie jednowątkową z niezbyt dużą ilością bohaterów.  Pomysł na fabułę jest naprawdę w porządku, choć na mój gust niezbyt dopracowany – gdyby autorka bardziej go doszlifowała, książka wypadłaby znacznie lepiej. Siostry są do siebie bardzo podobne z charakteru, praktycznie identyczne. W moim odczuciu są bardzo mdłe i mało charakterystyczne czy zapadające w pamięć. Za to taką postacią jest brat dziewczynek – Konrad. A postacie z Seteerii są takie średnie – mogły by być trochę bardziej dopracowane, ale jednak nie jest źle… Jest walka dobra ze złem, jest dawka fantasy, ale jednak pozycja nie zachwyca – wypada średnio, przez bohaterów, jednowątkowość oraz niezbyt wyróżniający się język.

Podsumowując książka Seteeria – strażnicy światła to pozycja po prostu średnia, niezbyt zapadająca w pamięć… Co prawda ma ciekawy pomysł na fabułę, ale nie dopracowany, zresztą jak większość bohaterów i sytuacji w tej pozycji. Polecam tę książkę, jako eksperyment, ale nie jest to pozycja bardzo ambitna czy jakoś bardzo ciekawa. Po prostu średnie czytadło…

Za możliwość przeczytania książki dziękuję:


poniedziałek, 31 sierpnia 2015

"Carska manierka" Andrzej Pilipiuk

Tytuł: Carska manierka
Autor: Andrzej Pilipiuk
Wydawnictwo: Fabryka Słów
Ilość stron: 347
Ocena: 4/6


 
Ale na miłość i głupotę nie ma lekarstwa... A może jest ? Może miłość to też wirus ? Przecież atakuje nagle, oszałamia na parę tygodni, a potem mija albo przechodzi w łagodniejsze stadium chroniczne.






Carska manierka to kolejna książka autorstwa Andrzeja Pilipiuka, jaką miałam okazję przeczytać. Wielki Grafoman napisał ich naprawdę wiele, więc co jakiś czas sięgam po kolejne jego pozycje, a szczególnie darzę sympatią jego zbiory opowiadań, więc tym bardziej nie miałam obiekcji przy zgarnianiu tej pozycji z bibliotecznej półki.

Jak już wspominałam Carska manierka to zbiór ośmiu opowiadań które można sobie dawkować albo przeczytać jednym tchem. Miód umarłych opowiada o dziwnym trzmielim miodzie oraz splądrowanych mogiłach z powstania styczniowego. Czarne parasole to połączenie lat 20. ostatniego stulecia oraz cyfrowych aparatów. Tajemnica Góry Bólu to opowiadanie o poszukiwaniu Arki Noego przez Pawła Skórzewskiego oraz jego krewnym Aleksandrem… Pozostałe opowiadania to Album, Rehabilitacja Kolumba, Śmierć pełna tajemnic, Na dnie mogiły oraz Manierka… O czym one opowiadają? Na jakie pomysły przy ich tworzeniu wpadł Wielki Grafoman?

Nie skleisz stłuczonej szklanki. Nic już nie będzie takie, jak dawniej - czytałem, notując jednocześnie. Zacznij żyć bardziej w teraźniejszości. Pył wieków niech zalega w spokoju. Co się stało, nie odstanie się. Dziewczyna jest piękna, ciepła i miękka. Kości i kamienie są zimne, twarde, martwe. Nie wskrzesisz zapomnianych miejsc, czasów ani opowieści.

Carska manierka to zbiór, który zdecydowanie przypadł mi do gustu. Najbardziej chyba spodobało mi się opowiadanie pt. Czarne parasole – muszę przyznać, że autor wpadł na bardzo interesujący pomysł na opowiadanie i dość ciekawie go zrealizował. Zresztą wszystkie opowiadania trzymają odpowiedni poziom. Różnią się od siebie fabularnie, ale jednak tworzą klimatycznie jedną, spójną całość… Są lepsze i gorsze tytuły w tym zbiorze, ale jednak żadne z nich jakoś drastycznie nie odstaje. Andrzej Pilipiuk napisał te opowiadania w charakterystycznym dla siebie stylu, językiem godnym Wielkiego Grafomana… Każde z nich ciekawie spuentowane, nieraz zakończenie mnie zaskoczyło i wywołało na mojej twarzy uśmiech. Generalnie dość dobrze napisana książka – ciekawa oraz wciągająca. 

Carska manierka to książka godna polecenia i przeczytania. Solidna, porządna dawka opowiadań fantasy, z którymi bardzo miło spędziłam czas. Naprawdę ciekawa pozycja – zdecydowanie warto po nią sięgnąć. Zapewni ona miło spędzony czas – polecam!

Carska manierka i sushi <3



niedziela, 30 sierpnia 2015

"Śmierć w darkroomie" Edward Pasewicz






Tytuł: Śmierć w darkroomie
Autor: Edward Pasewicz
Wydawnictwo: EMG
Ilość stron: 223
Ocena: 2/6








Edward Pasewicz napisał wiele wierszy i wydał kilka ich tomików zanim wydał swój debiut powieściowy – kryminał o tajemniczym tytule Śmierć w darkroomie. Muszę przyznać, że okładkowy opis tej książki zaintrygował mnie na tyle, że postanowiłam ją wypożyczyć i sprawdzić co autor ma do zaoferowania.

Rok 2005. Rok, w którym umarł papież Jan Paweł ll. To właśnie wtedy w Poznaniu  policja rozpędziła nielegalną Paradę Równości. Uczestniczył w niej młody gej imieniem Igor, którego ciało krótko później zostało znalezione w gejowskim klubie w centrum miasta. Marcin Zielony – komisarz będący jednocześnie bratem ofiary przyjeżdża do Poznania rozwiązać sprawę jego morderstwa. Czy uda mu się to rozwiązać? Czy zrozumie gejowskie środowisko? Jak w ogóle na nie zareaguje? Jak rodzice mężczyzny zareagują na przyjazd jednego z synów do rodzinnego domu? Czy dowie się od nich cokolwiek o śmierci swojego brata, z którym tak długo nie miał kontaktu?

Śmierć w darkroomie to nie jest pozycja długa, czyta się ją naprawdę szybko, jednak muszę przyznać, że oczekiwałam po niej czegoś ciut innego. Oczekiwałam mrocznego, porządnego kryminału ze sporą dozą napięcia. Albo przynajmniej jakiejś namiastki tego. A to co dostałam w moim odczuciu bardziej pasuje pod powieść obyczajową o gejowskim środowisku – więcej jest tam opisów z homo-klubów, aniżeli poszczególnych wydarzeń związanych stricte ze śledztwem. Musze przyznać, że te opisy mnie naprawdę zaintrygowały i naprawdę spodobały, ale jednak zdecydowanie brakowało mi kryminału… Główny bohater i brat ofiary Marcin Zielony wydaję się być postacią, która nie ma jakoś specjalnie silnego charakteru. Nie jest ro ten typ, przy którym kobietom uginają się kolana, raczej niezbyt wyróżniająca się osobowość. Najbardziej zaintrygował mnie Jego Eminencja odwiedzająca poznański klub gejowski – mocny i ciekawy charakter. Co do samej książki – język niezbyt skomplikowany, momentami było widać poetyckie zamiłowania autora. Pomysł niczego sobie, a jego wykonanie mogło by być ciut lepsze, ale jednak z racji tego, że to powieściowy debiut – mogę przymknąć na to oko.

Podsumowując już tę recenzję – Śmierć w darkroomie to książka, w której zdecydowanie zbyt mało intrygi oraz napięcia, zwłaszcza, że ma być to kryminał. Polecam ją tylko tym, którzy w jakimś tam stopniu chcą poznać gejowskie środowisko, ale tak ogólnie rzecz ujmując – książka dość przeciętna, a raczej marna… Lepiej przeczytać coś innego.

środa, 26 sierpnia 2015

"Rzeźnik drzew" Andrzej Pilipiuk

Tytuł: Rzeźnik drzew
Autor: Andrzej Pilipiuk
Wydawnictwo: Fabryka słów
Ilość stron: 488
Ocena:2,5/6



Jak kto nie żyje, to ma nie fikać, tylko grzecznie w piachu leżeć. A jak nie leży, to nasz zafajdany obowiązek takiego położyć.







Andrzej Pilipiuk to jeden z tych autorów, po których sięgam z wielką chęcią w ramach odstresowania. Właśnie jedną z jego książek jego autorstwa po jaką sięgnęłam jest właśnie pozycja pod tytułem Rzeźnik drzew.

Rzeźnik drzew jest zbiorem dwunastu opowiadań, a ich tytuły to chociażby Operacja „Jajca”, Serce kamienia, Ślad oliwy na piasku czy Sprawa Filipowa. Co prawda nie są ze sobą połączone fabularnie, ale jednak mają swój motyw przewodni – postać profesora Skórzewskiego, który przewija się w części opowiadań… Jakie przygody go spotkają tym razem? Co takiego go spotkało? Jacy są bohaterowie pozostałych opowiadań?


Elektronika - ziemska cywilizacja właśnie tym wynalazkiem ostatecznie podpisała na siebie wyrok śmierci i otworzyła śluzy, przez które wpłynie jad zagłady. Już wcześniej nietrwałość wyrobów sprawiła, że żyli pośród gór śmieci. Internet pozwolił wprowadzić ten śmietnik bezpośrednio do domów, serc i umysłów.

Rzeźnik drzew to jedna z tych opowiadaniowych pozycji Pilipika – kolejna, z jaką miałam kontakt, no i jedna (i kolejna) z tych, które mam na swojej półce, a lekturę mam za sobą…. Zaczęłam czytać i muszę przyznać, że przebrnęłam przez nią naprawdę dość szybko. Muszę przyznać, że to chyba jeden z gorszych zbiorów w wykonaniu Pilipiuka. Co prawda lubię sposób w jaki Andrzej Pilipiuk posługuję się językiem - bardzo lekki i przyjemny w odbiorze… Opowiadania jakie pisze są pełne pomysłów, które równie dobrze można by wykorzystać w powieściach – pod warunkiem dobrego i konsekwentnego wykorzystania tematu. Jednak żadne z opowiadań nie zapadło jakoś szczególnie w pamięć - mogłyby być o wiele bardziej doszlifowane… Klimat jest naprawdę szczególny, charakterystyczny dla autora - Carska Rosja, PRL czy chociażby wieś na zachodnim pomorzu… Takie otoczenie będące tłem w twórczości Plipiuka bardzo mi się podoba, jednak nie zmienia to faktu, że opowiadania były mdławe… No cóż, bywa i tak… Wielki Grafoman nie bez przyczyny zdobył takie miano…

Ziemska cywilizacja dokonała dziwnego skrętu, coś przetrąciło jej kręgosłup. Nie potrafili w porę zatrzymać postępu i teraz technika pożera świat. Nawet nie dostrzegają, jak bardzo zmieniła się ich mentalność... Nie umieją już żyć bez ułatwień. Zmiękli, zdegenerowali się, wyrodzili. Nie są w stanie cieszyć się codziennym trudem, wysiłkiem, bólem zmęczenia. Płaczą, że nie mają prac, a jednocześnie od setek lat konstruują coraz wymyślniejsze maszyny, by się od tej pracy uwolnić.


Podsumowując, zbiór opowiadań Andrzeja Pilipiuka pt. Rzeźnik drzew jest pozycją, która jakość szczególnie nie zapada w pamięć… Nie ukrywam, że w moim odczuciu autor jest lepszy w swoich opowiadaniach, aniżeli w powieściach, jednak ten zbiór i tak nie jest jakiś szczególny… Jednak miło spędziłam z tą książką czas....

sobota, 15 sierpnia 2015

"Cyngle" Michał Idzikowski

Tytuł: Cyngle
Autor: Michał Idzikowski
Wydawnictwo: Witanet
Ocena: 3.5/6




Szczęście to przekleństwo, z którym trzeba żyć.









Z twórczością Michała Idzikowskiego nie miałam nigdy wcześniej kontaktu, nawet o nim nie słyszałam, ale o to trudno, skoro jest debiutującym pisarzem... Teraz jednak miałam okazję przeczytać jego debiut - książkę pt. Cyngle. Jak wypadła i o czym ona opowiada?

Cyngle to powieść sensacyjna, której głównymi bohaterami jest trójka przyjaciół - Dżino, Enrico i Mały. Mężczyźni znają się od dziecka, a teraz wciąż mieszkają na jednym z międzyrzeckich osiedli i nadal tworzą zwartą ekipę... Dżino dostaje polecenie ochrony dowódcy pruszkowskiej mafii, więc zbiera swoich przyjaciół i wyrusza wykonać zadanie, jakie ma do wykonania. Jakie przygody spotkają mężczyzn? Co takiego im się przytrafi? Czy ochronią szefa mafii? Kogo poznają? Jakim cudem bohaterowie lądują w Rzymie? Jakie przygody czekają ich w Wiecznym Mieście?

W piwnicach osiedlowych bloków zalęgły się cienie. Przez niedomknięte okienka widać było zniszczone twarze, słychać było głosy ich właścicieli. Odór taniego spirytusu zmieszany z dymem skręcanych naprędce papierosów unosił się w powietrzu, wypełniając poranne powietrze ohydną mieszanką. Mieszkańcy blokowiska usytuowanego nieopodal miejskiego cmentarza wyłaniali się zza betonowych ścian, by rozpocząć codzienny rytuał.

Przez to, że nawet nie słyszałam o twórczości Michała Idzikowskiego zupełnie nie wiedziałam czego mogę się spodziewać po Cynglach – jego debiucie. Książka okazała się pozycją, którą czytało mi się naprawdę dość szybko, głównie dzięki wartkiej akcji, jaka miała miejsce w tej pozycji,a także zwrotom akcji, jakie miały miejsce... Do tego przyczynił się także niezbyt skomplikowany język, jakim w tej książce posługuje się autor. Fakt faktem – czasami wydaje się nazbyt prostacki, ale jednak wydaje mi się od dostosowany do sytuacji. Nie zmienia to faktu, że czasami to kole w oczy, a wręcz drażni... A do tego dość poniżające podejście względem kobiet, co mnie jako przedstawicielkę płci pięknej nieco drażniło, ale rozumiem, że jest to pozycja przeznaczona bardziej do męskiego czytelnika, aniżeli do damskiego. No, ale cóż, widocznie taki był zamysł. Czy może jednak przypadek? Bohaterowie jakich wykreował Michał Idzikowski są naprawdę bardzo różni – jedni są mdli, mało widoczni na tle innych, mało charakterystyczni, wręcz mdli. Inni są ich przeciwieństwem. Chociażby Dżino – mocny silny charakter, za którym podążają inni, wyróżniający się mocą, siłą przebicia...


Podsumowując już całą recenzję, Cyngle to takie sensacyjne czytadło, ale z racji debiutu mogę minimalnie przymknąć oko. Czytało się się lekko i przyjemnie, jednak brakowało mi bardziej rozbudowanej fabuły i ciut bardziej charakterystycznych bohaterów. Czy polecam tę książkę? Sama nie wiem... Mam dość mieszane uczucia... Czytało się szybko i przyjemnie, ale jednak to nie wszystko, jeżeli chodzi o dobrą książkę. Więc polecam jako czytadło, bez jakiś większych oczekiwań na ambitne zagadki czy intrygi. Jak na debiut nie ma tragedii, ale jednak do dobrej pozycji trochę brakuje.

wtorek, 11 sierpnia 2015

"Zaginiona" Andrzej Pilipiuk

Tytuł: Zaginiona
Autor: Andrzej Pilipiuk
Wydawnictwo: Fabryka słów
Ilość stron: 352
Ocena: 4/6



Nasza rzeczywistość jest jak zamarznięty staw. Większości ludzi wystarczy ślizganie się po powierzchni. Czasem jednak lód trochę nadpęknie.






Twórczość Andrzeja Pilipiuka poznałam już parę lat temu, w czasach liceum, a to wszystko dzięki mojemu poloniście, który co rusz podrzucał mi nazwiska kolejnych autorów oraz tytuły kolejnych książek (bio-chem tak bardzo;). Z racji tego, że sam jest wielkim fanem Jakuba Wędrowicza polecił mi właśnie Andrzeja Pilipiuka i tak już trwa ta historia, która w moim przypadku zaczęła się od serii o kuzynkach Kruszewskich. No i czas na jej nową część napisaną po 10 latach, na Zaginioną...

Książka składa się z dwóch części. Pierwsza – dłuższa – to właśnie Zaginiona, opowieść o wyspie Friesland, wyspie, której nie ma na mapach... Jednak na jednej z aukcji kuzynki poznają niezbyt bogatą dziewczynę, z którą rywalizują o wygranie specjalnej mapy skreślonej na koziej skórze, mapy owej wyspy... Katarzyna oraz Stanisława dają młodej kobiecie wygrać tę mapę, ale jednak okazuje się, że muszą się dostać do tego miejsca, a jedyną osobą która im może pomóc jest właśnie ta dziewczyna.... Drugą częścią jest opowiadanie pt. Czarne skrzypce, które podejmuje temat dziwnego instrumentu, który zmienia osoby, które na nim grają... I właśnie na jego trop natrafiają kuzynki Kruszewskie...

Są tacy, którzy coś robili i w rezultacie odchodzą spełnieni, pozostawiając po sobie wspaniałe kolekcje, bogate biblioteki, własnoręcznie wymalowane obrazy lub inne przedmioty stanowiące efekt wieloletniej pracy twórczej. Ale często obok nas żyją ludzie, których potrzeby kulturalne i ciekawość świata całkowicie zaspokaja medialna papka. Tacy, dla których wyzwaniem intelektualnym jest przeczytanie książki telefonicznej.

Zaginiona to książka, po którą sięgnęłam z nieskrywaną przyjemnością, ponieważ stęskniłam się już za kuzynkami Kruszewskimi... Pozycję czyta się naprawdę szybko i przyjemnie, a to za sprawą języka jakim posługuje się autor – lekki, trafiający do czytelnika, niezbyt prostacki, ale też nie jest jakiś bardzo poważny. Jednak muszę przyznać, że względem fabuły oczekiwałam trochę więcej. Opowiadanie Czarne skrzypce jest pod tym względem skonstruowane dość dobrze, ale jednak w Zaginionej jak na mój gust działo się trochę zbyt mało... Ale sam pomysł na wyspę, której nie ma na mapach, bardzo przypadł mi do gustu, naprawdę... Mógłby być tylko ciut lepiej wykorzystany. Postacie kuzynek wciąż charakterystyczne, utrzymane na dobrym poziomie... Momentami jedynie drażniły mnie opisy owej dziewczyny z aukcji, która wylicytowała mapę – Anny Czwartek. No bywa, nie zawsze wszyscy bohaterowie podejdą... Tak było w tym przypadku...

Przechodząc już do podsumowania - Zaginiona to pozycja lekka i przyjemna w odbiorze, jednak nie zmienia to faktu, że należy raczej do czytadeł, aniżeli do jakiejś literatury wyższych lotów. Pilipiuk ma ciekawe pomysły, jednak (jak w tym przypadku) nie do końca wykorzystane. Czasami mam wrażenie, że idzie na ilość wydanych książek, a nie na jakość... Jednak no cóż... Po inne książki chętnie sięgnę, ale bez większych oczekiwań... 

wtorek, 21 lipca 2015

"Dwudziesta trzecia" Eugeniusz Dębski, Beata Dębska

Tytuł: Dwudziesta trzecia
Autor: Eugeniusz Dębski, Beata Dębska
Wydawnictwo: Rebis
Ilość stron: 352
Ocena: 2,5/6



Ale wiesz, że oglądając serial, czytasz cudzą książkę, a czytając książkę oglądasz własny film. Serial nie może Ci się spodobać, serial to czyjaś wizja książki, do kogoś trafi, do innych – nie.






Dwudziesta trzecia jest pozycją, którą zgarnęłam podczas jednej z wizyt podczas wizyty w miejskiej bibliotece we Wrocławiu, a że nie jest obszerna, więc szybko się z nią uporałam. Lecz o czym ona opowiada?

Dwudziesta trzecia przedstawia historię byłego policjanta - Tomasza Winklera, który mieszka z ciepłą i uroczą babcią Romą – wielką miłośniczką jajek z majonezem. Mężczyzna aktualnie zarabia na życie prowadząc kursy surwiwalu lub pracując w ośrodku dla trudnej młodzieży. Jego monotonne życie ulega zupełnej zmianie, kiedy zgłasza się do niego pewien biznesmen, który prosi o rozwikłanie sprawy zabójstwa swojej żony, za co płaci sporą sumę pieniędzy. O co dokładnie chodzi? Do jakich wniosków dochodzi Tomasz Winkler? O co chodzi z tytułową dwudziestą trzecią? Czy mężczyzna sprosta oczekiwaniom biznesmena? Czy rozwiąże tę sprawę?

Dwudziestą trzecia to pierwsza pozycja państwa Dębskich po jaką sięgnęłam, zabrawszy się za nią w ogóle nie znałam autorów... Kiedy zgarniałam ją z bibliotecznej półki opis naprawdę mnie zaintrygował, choć nie miałam względem niej jakiś większych oczekiwań z racji tego, że nie czytałam żadnych jej recenzji, no i nie znałam jej twórców. Ale jednak Dwudziesta trzecia to książka, która mnie zupełnie rozczarowała. Oczekiwałam o wiele większej ilości intrygi, napięcia, czego zdecydowanie tutaj brakowało.... Co prawda zawsze mnie zastanawiało jak dwie osoby mogą napisać wspólnie książkę, jak mogą się porozumieć samego tematu, przebiegu akcji, nie mówiąc już o stylu, języku jakim jest ona napisana. Nie mówiąc już o samym procesie pisania książki. Przecież każdy ma zupełnie inny charakter czy osobowość... Więc między innymi dlatego mnie ta pozycja zaintrygowała... Szkoda tylko, że się nią tak rozczarowałam, choć zapowiadała się naprawdę ciekawie. W Dwudziestej trzeciej zdecydowanie zbyt mało (na moje oko) jest zagadek, intrygi oraz napięcia, a o to chyba chodzi w kryminałach, prawda? Z bohaterów najbardziej polubiłam babcię Romę, reszta postaci jest mniej charakterystyczna, mniej zapadająca w pamięć... Co ciekawe najmniej charakterystyczny jest główny bohater – Tomasz Winkler, zadziwiające, prawda? No, ale cóż, bywa... Język jakim autorzy napisali tę książkę jest dość standardowy, niezbyt wyróżniający się, taki przeciętny... Zresztą jak cała książka, która zdecydowanie nie powala na kolana ani nie zachwyca...

Dwudziesta trzecia autorstwa państwa Dębskich to książka przeciętna, niezapadająca w pamięć, mierna... Można przeczytać, ale jest dostępnych wiele więcej dobrych, porządnych kryminałów, na które warto poświęcić czas. Dwudziesta trzecia zdecydowanie do nich nie należy. Jest to książka, którą muszę odradzić, ponieważ ani nie zachwyca, ani nie trzyma w napięciu... Po prostu marna pozycja, która nie spełni oczekiwań miłośnikom kryminałów.



wtorek, 30 czerwca 2015

"Opowieść niewiernej" Magdalena Witkiewicz


Tytuł: Opowieść niewiernej
Autor: Magdalena Witkiewicz
Wydawnictwo: Świat Książki
Ilość stron: 224
Ocena: 5/6



Wiecie... Bo siebie trzeba kochać. Bardzo. I lubić siebie trzeba. I szanować. I musicie się sobie podobać - mówił dominikanin. - Bo jeżeli sami siebie nie lubicie to jak możecie wymagać, by inni was kochali?




Stereotypy mówią, że zdradzają głównie mężczyźni. Oczywiście zdrada w każdym przypadku zdrada jest czymś  złym i niewybaczalnym, ale w momencie, gdy robią to kobiety – wciąż wzbudza to wielki szok, niedowierzanie, a wręcz oburzenie. O tym też traktuje książka Magdaleny Witkiewicz pt. Opowieść niewiernej, którą ostatnio skończyłam czytać.

Jakie to dziwne, że gdy człowiek jest szczęśliwy, często nawet o tym nie wie. Nie zdaje sobie z tego sprawy. Dopiero później, żyjąc wspomnieniami, zauważa, że to, co go wtedy spotkało, to było właśnie szczęście.

Ona i on. Poznali się na grillu u znajomej. Ona chciała się odegrać na swoim byłym, od zajmował się pieczeniem karkóweczki dla całej grupy. Od razu pomiędzy nimi zaiskrzyło, zaczęli się spotykać... niedługo później razem zamieszkali razem,  pobrali się... Ale jednak ten ślub okazał się zupełnie inny niż sobie wyobrażała. Nie było ani białej sukni, ani hucznego wesela, a marzenia o dzieciach zostały odsunięte na Świętego Dygdy, którego nie ma nigdy...  Jak dalej potoczą się ich losy? Co przełomowego wydarzy się w ich życiu? Jakie kroki podejmą? Co takiego się wydarzy? Czy ich związek przetrwa próbę czasu? 

Zdrada zawsze była dla mnie czymś złym, haniebnym i obrzydliwym. Czymś, co rujnuje związek, zabija miłość, niszczy marzenia, daje ogromne poczucie niesmaku. Myślałam, że cudzołożnicy zawsze gorzko żałują swoich czynów, spuszczają oczy i gęsto się tłumaczą, pragnąc przebaczenia


Opowieść niewiernej to pozycja, którą zgarnęłam na jakiejś wyprzedaży i długo nie musiała czekać na swoją kolej. Zabrałam ją do pociągu i czytałam z zapartym tchem, to muszę przyznać. Książka jest niezbyt obszerna, ale lekka i przyjemna w odbiorze, choć są w niej podejmowane ciężkie tematy. Jakie? Głównie relacje między ludźmi, to co na nie się składa, co może ją wzmocnić, a co może ją zabić i zupełnie zniszczyć...  W literaturze często czyta się o mężczyznach, którzy zdradzają, ale o kobietach czyta się rzadko. Ale dlaczego my - płeć piękna to robimy? Choć jest to lekka pozycja, to jednocześnie jest to lektura głęboka i poruszająca, zwłaszcza, że autorka zastosowała narrację pierwszoosobową, którą bardzo lubię, a do tej książki szczególnie mocno pasuje. Napisana przyjemnym w odbiorze językiem, niezbyt skomplikowanym, oddającym odczucia jakie towarzyszyły bohaterce książki – Ewie. Magdalena Witkiewicz naprawdę trafnie oddała emocje oraz myśli bohaterki, którą wykreowała. Książka jest naprawdę wartościowa, choć lekka i przyjemna w odbiorze.

Kiedyś myślałam, że miłość polega na tym, że nie dostrzegamy wad drugiej osoby. Teraz jestem przekonana, że byłam w błędzie. Miłość to przede wszystkim akceptowanie wszystkich niedoskonałość partnera. Bo kocha się nie za coś, ale mimo wszystko...

Opowieść niewiernej to książka polskiej autorki, która swoją twórczością skradła już wiele czytelniczych serc, a u mnie pozostawiła trochę mieszane uczucia. Jest to pozycja odejmująca temat związków w ogóle – małżeństw, przyjaźni, związków partnerskich czy relacji opartych tylko i wyłącznie na seksie... Choć ta tematyka mi się bardzo spodobała, to jednak mam wrażenie, że został potraktowany zbyt lekko... Jednak mimo tego książka przypadła mi do gustu i z chęcią kiedyś przeczytam jeszcze inne książki Magdaleny Witkiewicz. Polecam ją miłośnikom obyczajówek, literatury  lekko kobiecej oraz przede wszystkim osobom zainteresowanym tematyką związków oraz problemów w nich.


wtorek, 9 czerwca 2015

"Era Wodnika" Aleksander Sowa

Tytuł: Era Wodnika
Autor: Aleksander Sowa
Wydawnictwo: SOWA - Autorskie
Ocena: 4/6



Był zmęczony jak wróbel, który wciąż macha skrzydłami pod wiatr w burzę. Znużony pracą bez celu. Emil chciał zmienić coś w życiu.








Jedną książkę Aleksandra Sowy już czytałam. Była to kryminał pt. Koma. Teraz przyszedł czas na kolejną pozycję autorstwa tego samego pisarza, również tego samego rodzaju literackiego – mianowicie Era Wodnika.

Ścisłe centrum Opola. Plac Daszyńskiego zwanym także placem Pedała. To właśnie tam w miejskim szalecie i znajdującym się obok schronie zostają znalezione ciała dwóch bezdomnych. Policja próbuje dojść do tego, jak zginęli – z przepicia czy padli ofiarą morderstwa? Czego się dowiedzieli? Do czego doprowadzi ich śledztwo? Czym jest tytułowa Era Wodnika? 

Cierpię przyzwyczajona o bólu. Od wielu lat niosę krzyż. Ale nie będę ukrzyżowana, stanę się Poncjuszem Piłatem, a miasto będzie Golgotą. Przez nich moja młodość zmieniła się w czas bólu, płaczu, rozpaczy, nienawiści fałszu i kłamstw. Nadszedł już czas, kiedy będę siać strach i zbierać plony zemsty. Nastaje nowa era. Era Wodnika.

Era Wodnika to kolejna książka Aleksandra Sowy – połączenie kryminału i thrillera psychologicznego. Przyznam szczerze, że bardzo zaintrygował mnie zarys fabuły, więc dlatego się na nią zdecydowałam. Napisana w podobnym stylu co Koma – zbliżony język, styl i lekkość pisania. Jednak fabularnie wypada zdecydowanie lepiej, aniżeli wcześniej wspomniana książka. Może dla mnie szczególnie z racji tego, że pochodzę z miejscowości niedaleko Opola, więc znaj je jako moje miasto wojewódzkie, więc wraz za narratorem podążałam po nim za opisanymi wydarzeniami. Akcja książki miała swoje zwroty i intrygi, a do tego bohaterowie, którzy są dość ciekawi, choć moim zdaniem mogli by być ciut bardziej dopracowani.

Do dziś pamięta ten wrzask, krew i szok cierpiącego ptaka. I potem obciążające uczucie, że nie da się już tej śmierci cofnąć. Tak samo jak śmierci wszystkich, którzy ją opuścili. Wtedy poczuła też inny smak śmierci. Kiedyś zadać ją po prostu trzeba. Niejako z poszanowania życia, odrazy dla bólu i całego zła.

Era Wodnika to ciekawy kryminał – niezbyt wysokich lotów, jednak lekka i przyjemna w odbiorze. Lepsza niż Koma, ale to książki bardzo, bardzo dobrej jeszcze trochę jej brakuje. Nie zmienia to faktu, że czyta się ją szybko, a czas  spędzony z nią jest dość przyjemny i miły.

sobota, 6 czerwca 2015

"Karolina XL zakochana" Marta Fox

Tytuł: Karolina XL zakochana
Autor: Marta Fox
Wydawnictwo: Akapit Press
Ilość stron: 124
Ocena: 3.5/6


Teraz mi go brakuje. Nawet tęsknię za nim. To przedziwne uczucie, którego nie rozumiem. Ale naprawdę wolałem dom z ojcem, chociaż pijanym, niż bez niego.






Twórczość Marty Fox poznałam kilka lat temu dzięki książkom Magda.doc i Paulina.doc, które są serią i od tego czasu często do nich wracałam. Później  pewnego dnia zgarnęłam w bibliotece inną pozycję autorki - Karolinę XL. W końcu przyszedł czas na kontynuację tej pozycji – Karolina XL zakochana.

Karolina przeszła w swoim życiu naprawdę wiele, została zniszczona psychicznie po przeżyciach z Chrisem. Na szczęście w końcu jej życie zaczęło się powoli układać. Udało jej się schudnąć.  Kamil – Szczurek ją wspiera, a przede wszystkim wyznał jej miłość i stali się parą. Jak rozwinie się ich relacja? Jakie przygody im się przytrafią? Co się wydarzy w ich życiu? Jak ma się zgrupowanie ich paczki, które zwie się LOVE - Liga Obrony Wróbelków Elemelków? Czy Karolina zdobędzie przyjaciół?

Marta Fox
Karolina XL zakochana to książka, po którą sięgnęłam z wielkim entuzjazmem, szczególnie, że poprzednia część w moim odczuciu wypadła naprawdę dobrze. Ale jednak ta książka mnie ciut zawiodła. Język wciąż skierowany do młodszego czytelnika, napisana w formie pamiętnika, sprawozdania z życia dziewczyny, z wydarzeń, przygód i różnych dziwnych przypadków jakie jej się przytrafiały. I to właśnie ze strony fabularnej ta książka mnie zawiodła. Mało było w niej ciekawie opisanych wydarzeń – były jakieś takie bez polotu i mało fascynujące. Do tego zakończenie, które jest jakby niewykończone i niedopracowane. Zdecydowanie mi tam brakowało jakiegoś podsumowania i puenty... No cóż, bywa. Oczekiwałam także większej ilości przemyśleń Karoliny, jej spostrzeżeń, myśli i opisywanych uczuć, ale teko też brakowało. Nie zmienia to faktu, że książkę czyta się naprawdę szybko, a czas spędzony z nią jest odprężeniem.

Karolina XL zakochana to lekka książka dla nastolatek, którą warto przeczytać dopiero po przeczytaniu pierwszej części – Karoliny XL. Inaczej można nie nadążać za wydarzeniami, jakie mają miejsce. W moim odczuciu ten tom wypada gorzej niż poprzedni, ale tragedii także nie ma. Po prostu lekkie, przyjemne, młodzieżowe czytadło. Choć mnie nie zachwyciła ta pozycja to wciąż mam chrapkę na kolejne książki Marty Fox.

czwartek, 16 kwietnia 2015

"Uwikłanie" Zygmunt Miłoszewski

Tytuł: Uwikłanie
Autor: Zygmunt Miłoszewski
Cykl: Teodor Szacki 
Tom: pierwszy
Wydawnictwo: W.A.B.
Ilość stron: 304
Ocena: 5.5/6

Skąd pewność, że wcześniejsza śmierć to zawsze strata? Że to zawsze gorsze rozwiązanie? Że trzeba przed nią ratować za wszelką cenę? Być może z życia wyłania się coś, co jest większe od niego. W duszy każdego z nas istnieje potrzeba, aby po wypełnieniu życia przyszedł koniec. U niektórych pojawia się wcześniej.



O twórczości Zygmunta Miłoszewskiego czytałam już jakiś czas, głównie przy jego debiucie zatytułowanym Domofon. Teraz dzięki adaptacji filmowej Ziarna prawdy tegoż autora zrobiło się o nim szczególnie głośno i postanowiłam ten film zobaczyć dopiero wtedy, kiedy przeczytam książkę. No, a żeby nie zaczynać cyklu od środka, zaczęłam od początku – właśnie od Uwikłania.

Warszawa. Rok 2005. Po zakończonej terapii ustawień został zamordowany jeden z jej uczestników Henryk Telaka. Dlaczego akurat on? Co stało się na niej wydarzyło? Jakie fakty z przeszłości owego mężczyzny wypłynęły na wierzch podczas owej terapii? Dlaczego akurat on? Kto może być mordercą? Na pytania stara się odpowiedzieć wezwany na miejsce Teodor Szacki –  trzydziestoparoletni, elegancki prokurator o młodej twarzy i siwych włosach. Czy mu się uda? Czy to śledztwo wpłynie na jego życie osobiste? Co takiego odkryje?

Zygmunt Miłoszewski
Uwikłanie jest pozycją, w którą strasznie się wciągnęłam, przepadłam, nie mogłam przestać, dopóki nie skończyłam. A cóż takiego mnie w niej urzekło? Złożyło się na to naprawdę wiele składowych, nawet nie wiem od czego zacząć. Przede wszystkim chyba sama fabuła, która jest ciekawie skonstruowana, świeża i porywająca. Pomysł naprawdę dobrze wykorzystany przez autora, który wycisnął z niego chyba maksimum. No i zakończenie, które naprawdę mnie zaskoczyło, sprawiło, że rozdziawiałam usta ze zdziwienia oraz zdecydowanie wgniotło w pociągowe siedzenie. Zygmunt Miłoszewski jest pisarzem, który zadebiutował dopiero kilka lat temu, ale moim zdaniem pisze naprawdę dobrze. Książka jest napisana naprawdę dobrze pod względem językowym. Stylistycznie jest utrzymana na dość wysokim poziomie, bez jakiś wulgarnych wypowiedzi czy sformułowań, lecz przy tym jest dość lekka i przyjemna w odbiorze. Muszę przyznać, że jednak momentami irytowały mnie spolszczenia wciskane czasami na siłę na przykład tiszert zamiast t-shirt. 

Robert Więckiewicz jako Teodor Szacki w Ziarnie Prawdy.
Uwikłanie czytało mi się wyjątkowo dobrze także z racji głównego bohatera - prokuratora Teodora Szackiego. Muszę przyznać, że jest on postacią niezwykle fascynującą i wielobarwną i dlatego wcale nie przeszkadzały mi wstawki obyczajowe z jego życia, które się pojawiły w książce. Wręcz przeciwnie – wywoływały uśmiech. Miłym urozmaiceniem jest także fakt, że jest on prokuratorem, a nie policjantem czy prywatnym detektywem jak to często bywa w powieściach kryminalnych. Jest postacią naprawdę ciekawą, fascynującą – ironiczny, zdecydowany, z niezwykle wyczulonym instynktem, dzięki któremu wyczuwa wiele spraw. Naprawdę świetny bohater i jestem naprawdę ciekawa jego kolejnych przygód!

Większość spraw, którymi zajmował się prokurator Szacki, były właśnie wynikiem bezsensownej agresji. Złości, która w pewnej chwili zmaterializowała się pod postacią napadu, gwałtu, zabójstwa, pobicia. Skąd to się brało? Z rozczarowania, że życie jest takie ciężkie, nudne i nieprzynoszące satysfakcji? Ze strachu, że za chwilę może być jeszcze ciężej? Z zawiści, że inni mają lepiej? Często się nad tym zastanawiał, ale nie potrafił sobie odpowiedzieć w przekonujący sposób na pytanie, skąd się bierze polska wściekłość.

Uwikłanie to naprawdę dobry kryminał. Sama akcja czasami nie płynie zbyt szybko, ale jest za to pełna intryg i zagadek oraz psychologicznych aspektów dotyczących śledztwa, terapii czy bohaterów. Jest to książka naprawdę godna polecenia!!! Kryminał z naprawdę wysokiej półki. Jestem naprawdę ciekawa innych książek Zygmunta Miłoszewskiego, po które z pewnością jeszcze sięgnę.


wtorek, 14 kwietnia 2015

"Koma" Aleksander Sowa

Tytuł: Koma
Autor: Aleksander Sowa
Wydawnictwo: Sowa
Ocena: 2.5/6



Powoli do mnie docierało, że prawda nie musi być po mojej stronie. Wtedy zmieniłem zeznania. Powiedziałem, że najprawdopodobniej to jest aparat, który kiedyś omyłkowo wziąłem ze stolika, wychodząc z wrocławskiej kawiarni.






Uwielbiam Wrocław, kocham kryminały, więc połączenie tych dwóch rzeczy wydaje się być ideałem. Tak jest na przykład z książkami Marka Krajewskiego i właśnie dlatego postanowiłam przeczytać książkę Aleksandra Sowy pod tytułem Koma.


Pewien mężczyzna wychodzi z biura i... znika. Jego ciało zostaje później znalezione w rzece i nie wiadomo kto jest mordercą. Akcja książki dzieje się we Wrocławiu i kręci się wokół Krystiana Bali, który napisał książkę pt. Amok, w której opisuje morderstwo łudząco opisane do tego, które wydarzyło się naprawdę. Dostał więc karę 25 lat więzienia, a młody dziennikarz ma za zadanie opisać te wydarzenia. Czy Krystian Bala jest prawdziwym mordercą? Czy opisane w jego książce morderstwo to przypadkowy zbieg okoliczności czy naprawdę ma z nim coś wspólnego?


Koma to książka niezbyt długa, więc jej czytanie nie zajęło mi wiele czasu, ale też nie miałam względem niej większych oczekiwań. Zaczęłam ją czytać nie wiedząc nawet o czym ona dokładnie jest, no i skończyłam ją z mieszanymi odczuciami, jednak w końcu przeważyło rozczarowanie. Czytało się ją lekko i szybko, ale jednak nie to jest najważniejsze. Akcja Komy w moim odczuciu jest mało wartka, brakuje w niej także intryg, zwrotów akcji.  Język jakim jest napisana ta książka jest niezbyt skomplikowany, aczkolwiek znośny i do przebrnięcia. Jest dość prosty, lecz nie prostacki. Bohaterów w książce jest niebyt wielu, a większość z nich jest mało wyrazistych, charakterystycznych czy ciekawych. Zdarzają się ich ciekawe opisy, lecz oni sami raczej słabo zapadający w pamięć. Jednak mam wrażenie, że pozycja jest niedopracowana, taka niewykończona – bohaterowie mogli by być bardziej dopieszczeni, a akcja bardziej wartka, ciut szybsza, pełniejsza intryg, zagadek...


Koma to w moim odczuciu książka dość średnia. Pomysł na fabułę jest naprawdę dobry, lecz dość słabo wykorzystany – moim zdaniem z tego pomysłu mogła powstać o wiele lepsza książka, bardziej obszerna, bardziej rozbudowana i dopracowana. Skończyłam ją czytać i czułam rozżaleni, że ta fajny pomysł został tak średnio potraktowany.

Tak, to o nią chodzi – myśli dziennikarz. Wyniosłość. Wcześniej nie potrafił tego rozpoznać. Laba sprawia wrażenie zimnego, wyobcowanego, jakby był ponad… Ponad wszystkimi. To właśnie wyniosłość sprawia, że osadzony wygląda jak wyrachowany, bezwzględny morderca bez uczuć.

Książkę przeczytałam dzięki uprzejmości 

wtorek, 31 marca 2015

"Niebo dla akrobaty" Jan Grzegorczyk

Tytuł: Niebo dla akrobaty
Autor: Jan Grzegorczyk
Wydawnictwo: Znak
Ilość stron: 264
Ocena: 5/6



Ludzie boją się śmierci, a mnie coś podpowiada, że jest to najpiękniejszy moment życia.







Jana Grzegorczyka poznałam dzięki Przypadkom księdza Grosera, które podbiły moje serce, więc podczas ostatniej wizyty w bibliotece śmiało sięgnęłam po inną książkę tego autora ciekawa tego, co w niej znajdę. Tą książką okazała się pozycja pt. Niebo dla akrobaty.

Hospicjum, umieranie, przebaczenie, poświęcenie... To tematy, które łączą wszystkie 10 opowiadań zebrane w książce zatytułowanej Niebo dla akrobaty. Choć jest ona podzielona na poszczególne, krótsze formy, to wszystkie są ze sobą połączone – chociażby jednym hospicjami i niektórymi bohaterami. Choć jest to książka o miejscu, w którym się umiera, to tak naprawdę jest o życiu, jego kruchości, ulotności i delikatności...

Małżeństwo to taki związek, w którym ludzie potrafią wymyślić najokropniejsze rzeczy, żeby się wzajemnie pozabijać. Wiedzą, że nie mogą małżonka zarąbać siekierą, specjalizują się więc w wymyślaniu trujących słów.

Niebo dla akrobaty to pozycja doprawdy wyjątkowa, porównywana do książki najbardziej znanej książki Erica Emmanuela Schmitta zatytułowanej Oskar i pani Róża, choć moim zdaniem nie do końca słusznie. (Notabene, czy to nie dziwne, żeby wszystko co polskie porównywać do tego, co zagraniczne?) Pochłonęłam ją bardzo szybko i głęboko się wryła w mój umysł, głównie za sprawą tematów, jakie podejmuje w niej Grzegorczyk – niełatwych i skłaniających do refleksji nad życiem, jego jakością oraz kruchością. Do tego sposób w jaki o tym pisze – przejrzyście, jasno, lekko i prosto, lecz nie prostacko, a to wszystko sprawia, że książkę czyta się bardzo szybko, z zapartym tchem, nie mogąc doczekać się tego, co wydarzy się z bohaterami, którzy mają problemy sami ze sobą, z relacjami, z pogodzeniem się z innymi i z samym sobą, z przebaczeniem. Bohaterzy, którzy są ciekawie wykreowani, uczący często łagodności, spokoju, pogodzenia się z własnym losem, lecz silni charakterem, dający nadzieję, siłę. Styl pisarki  i język, jakim posługuje się Jan Grzegorczyk jest łudząco podobny do tego w Przypadkach księdza Grosera, lecz tematyka zupełnie inna, o wiele bardziej wzruszająca i ujmująca, choć nie zabrakło powodów do uśmiecha to jednak jest ich zdecydowanie mniej. 

Piszę Wam stąd, gdzie teraz jestem, bo czy odległość, przestrzeń, inny wymiar sprawia, że coś przestaje istnieć? Nie trzeba widzieć, dotykać, by coś było. To jest. Tak jak Wy jesteście z sobą, nawet kiedy jedno jest w pracy, a drugie w domu.

Niebo dla akrobaty to wyjątkowe 10 połączonych ze sobą opowiadań, które polecam każdemu. Jest to pozycja skłaniająca do refleksji, do zastanowienia się nad tym co w życiu jest ważne, nad tym, czym rzeczywiście jest strach przed śmiercią, co w takich chwilach dodaje nadziei.

wtorek, 24 marca 2015

"Nigdy w życiu!" Katarzyna Grochola

Tytuł: Nigdy w życiu!
Autor: Katarzyna Grochola
Wydawnictwo: W.A.B.
Ilość stron: 304
Ocena: 3.5/6



Bo może właśnie o to w życiu chodzi. Żeby ktoś przy tobie był - nawet kiedy szukasz w nocy małego zagubionego kotka. Nawet jak świeczka się nie pali.






Nigdy w życiu to książka, której adaptacja filmowa była zawsze była jednym z moich ulubionych komedii romantycznych w polskim wykonaniu. Widziałam ten film naprawdę wiele razy. Pamiętam jak siadałam do niego z Mamą, każda ze swoją robótką i się przy nim zaśmiewałyśmy, ale jednak długo nie miałam bladego pojęcia, że jest on ekranizacją książki. Jako że zazwyczaj unikałam tzw. literatury kobiecej, więc i do tej książki bardzo długo się zbierałam. Aż w końcu trafiłam na nią w bibliotece i postanowiłam się przekonać jaki jest literacki oryginał jednego z filmów mojego dojrzewania.

Bohaterką książki Nigdy w życiu jest Judyta – kobieta w wieku 37 lat, ledwie rozwiedziona, z nastoletnią córką Tosią, pracą w redakcji oraz próbująca stworzyć swoje idealne miejsce na Ziemi. Dodatkowo ma przyjaciółkę Ulę, rozwiedzionych i toksycznych rodziców, kilka nadprogramowych kilogramów, a dodatkowo uważa, że wszyscy mężczyźni są tacy sami jak jej Eksiu. Jak potoczą się jej losy? Czy znajdzie swoje perfekcyjne miejsce na Ziemi?

Nigdy w życiu jest typowo babskim czytadłem – literatura o kobietach i dla kobiet. Pisana w formie pamiętnika, czy czegoś zbliżonego formą. I to mi się naprawdę podoba - lubię książki pamiętnikowe, z 1-osobową narracją. Jest to książka naprawdę lekka, przyjemna w lekturze, ale jednocześnie niezbyt wymagająca od czytelnika. Czasami miałam wrażenie, że jest pisana doprawdy infantylnie, zbyt infantylnie, jak na to, że Judyta – bohaterka książki – jest już kobietą dorosłą Momentami czułam się strasznie dziwnie, ponieważ bohaterka zachowywała się (w zasadzie pisała) w taki sposób, że odnosiłam wrażenie, że autorką tych przemyśleń jest nastolatka, a nie dorosła kobieta. Jednak tak naprawdę to była jedyna tak mocno irytująca rzecz w tej książce. Czytało mi się ją lekko i przyjemnie, takie ot czytadło, które ciągle porównywałam do filmu, który widziałam wcześniej – ciągle miałam przed oczami Danutę Stenkę jako Judytę czy Joannę Jabłczyńską jako Tosię, a do tego wyraźnie widzę, że film jest doprawdy wariacją na temat książki.Jednak książka jak książka - nie rzuca na kolana, nie zachwyca, ale też nie jest taka, że nie da się jej czytać.
W kwestii zasadniczej – nie wiem, ile razy człowiek, czyli kobieta, może zaczynać życie od nowa. Jeśli o mnie chodzi, robię to teraz poniekąd nałogowo. Bez przerwy. Nie wiem, dlaczego akurat na mnie popadło. I nigdy się nie dowiem. Widać robię coś źle, bo normalni ludzie żyją normalnie.


Nigdy w życiu to lekkie, niewymagające, babskie czytadło o rozterkach i tęsknotach porzuconej kobiety, jak to zazwyczaj bywa, zakończone szczęśliwym zakończeniem. Polecam w ramach odstresowania czy potrzeby jakiejś lekkiej lektury, przy której można by się uśmiechnąć, ale bez ambicji na arcydzieło. W kategoriach czytadeł – całkiem przyjemna książka, choć czasami naprawdę infantylna. Jeżeli szukacie czegoś ambitniejszego lub jakiegoś wielkiego niewiadomo jak wielkiego love story - możecie się zawieść. 

Joanna Brodzik jako Ula oraz Danuta Stenka jako Judyta.

poniedziałek, 9 marca 2015

"Pani Jeziora" Andrzej Sapkowski

Tytuł: Pani Jeziora
Autor: Andrzej Sapkowski
Cykl:Wiedźmin
Tom: siódmy
Wydawnictwo: supernowa
Ilość stron: 520
Ocena: 2.5/6


Nie malkonteńć, Geralt. I przestań się burmuszyć, bo na widok twojej gęby przydrożne grzyby same się marynują.






Wiedźmina zna każdy jeżeli nie osobiście z książek, to chociaż ze słyszenia czy z opinii w Internecie. Wiedźmin to taki cykl, o którym trudno nie słyszeć i nie kojarzyć. Jednak moja przygoda z Geraltem z Rivii dobiegła już końca...

Przeznaczenie to nie wyroki opatrzności, to nie zwoje zapisane ręką demiurga, to nie fatalizm. Przeznaczenie to nadzieja. Będąc pełna nadziei, wierząc, że to, co ma się stać, stanie się.

Pani Jeziora to już ostatni tom sagi o Białym Wilku, to już koniec jego przygód i poczynań. Spotkamy Yennifer, Ciri, Jaskra i wiele innych dobrze już znanych postaci. W tym tomie Andrzej Sapkowski zamyka wszystkie wątki, wyjaśnia to co trzeba, rozwiewa wątpliwości. Jednak dlaczego akurat właśnie taki tytuł? Kim jest owa Pani Jeziora? Jak skończy się historia Geralta z Rivii?

W każdym momencie, w każdej chwili, w każdym zdarzeniu kryją się przeszłość, przyszłość i teraźniejszość. W każdej chwili kryje się wieczność. Każde odejście jest zarazem powrotem, każde pożegnanie powitaniem, każdy powrót rozstaniem. Wszystko jest jednocześnie początkiem i końcem.

żródło
Tak, stęskniłam się za białowłosym Wiedźminem i za jego poczynaniami, dlatego właśnie chciałam sięgnąć właśnie po Panią Jeziora, jednak z drugiej strony bałam się skończyć tę przygodę, bałam się, że trudno mi będzie się rozstać z tą sagą. Skończyło się na tym, że podczas jednej z ostatnich wizyt w bibliotece nie umiałam się powstrzymać i sięgnęłam w końcu po Panią Jeziora. Ze stosika książek bibliotecznych po tę sięgnęłam jako jedną z ostatnich, zaczęłam czytać i długo nie mogłam jej skończyć. Pojawiały się momenty, w których chciałam ją rzucić w kąt, kiedy ewidentnie nie miałam ochoty jej kończyć, ale były też te lepsze fragmenty. Kiedy w końcu dobrnęłam do zakończenia to miałam bardzo mieszane uczucia i do dziś nie wiem co niej sądzić... Lubię styl pisarki Sapkowskiego, lubię postaci, które wykreował w sadze o Wiedźminie – tutaj był i ten styl i owi lubiani przeze mnie bohaterowie, ale nie ukrywam, że spodziewałam się o wiele lepszego zakończenia tak opiewanej sagi. Myślałam, że będzie coś z większym przytupem, coś bardziej spektakularnego. Sama fabuła często była po prostu nudna i bardzo ciągnąca się. Mam naprawdę duży sentyment do tej sagi, ale jednak zakończenie całego cyklu oraz tego konkretnego tomu doprawdy mnie rozczarowało, jest takie jakby bez puenty, rozwiane i po prostu dość marne. Sama książka jest długaśna i rozwleczona i brakuje jej polotu, czegoś co by dodało jej werwy. Mało w tym cyklu samego Wiedźmina, jego humoru oraz akcji i fabuły na odpowiednim poziomie.


Nie wolno bezmyślnie tracić czasu! Można przegapić właściwy moment... Ten jeden właściwy, niepowtarzalny. Bo czas nie powtarza się nigdy!

Podsumowując Pani Jeziora to ostatni i, moim zdaniem, najgorszy tom z sagi o Wiedźminie. Najbardziej się przy nim wynudziłam i najbardziej mnie rozczarował. Choć to może ja mam zbyt wygórowane wymagania? Jednak Odnoszę wrażenie, że jest to część strasznie niedopracowana i niewykończona, tak jakby zrobiona bez pomysłu. Summa summarum – jestem rozczarowana tą pozycją i w tym momencie owo rozczarowanie bije się z sympatią do twórczości Andrzeja Sapowskiego i samej sagi o Białym Wilku.

środa, 4 marca 2015

"Praktykujący, ale czy...wierzący?" o. Lech Dorobczyński OFM

Tytuł: Praktykujący, ale czy...wierzący?
Autor: o. Lech Dorobczyński OFM
Wydawnictwo: Esprit
Ilość stron: 136
Ocena: 6/6



Świeci byli takimi samymi ludźmi jak Ty! Tal jak Ty – przechodzili wiele w swoim życiu tragedii, zwątpień, buntów...







Często spotykam się ze stwierdzeniem, że ktoś jest wierzący niepraktykujący (choć ma ironia każe mi docinać w tym momencie, że ja jestem nudystą tudzież weganinem, ale niepraktykującym). Co jednak co z wiarą ludzi, którzy co niedzielę są na Mszy Świętej? Są Praktykujący, ale czy...wierzący? Co jest gorsze wierzący-niepraktykujący czy niewierzący-praktykujący?

Nawet kiedy przychodzimy na niedzielną Mszę Świętą, nie jesteśmy dla Boga anonimową masą. Bóg patrzy na człowieka indywidualnie.

Ojciec Lech Dorobczyński jest franciszkaninem, a z racji tego jest także katechetą i rekolekcjonistą. Swojej książeczce Praktykujący, ale czy...wierzący? skierowanej głównie do młodego czytelnika w 11 rozdziałach podejmuje tematy, które zainteresują nie tylko tę grupę, ale i starszych na różnym stopniu zaawansowania swojej wiary. Przekonuje, że boska miłość jest większa od Jego sprawiedliwości, że Bóg nie jest esesmańcem z karabinem w ręku, a kochającym ojcem. Pokazuje wiarę, która nie jest zbiorem zakazów i nakazów, lecz przedstawia ją jako głęboką, osobową relację. Podejmuje tematy ważne i często dyskusyjne – takie jak spowiedź, przyjmowanie sakramentów w ogóle. Podejmuje także temat modlitwy – jak się modlić, o co i w ogóle jaki jest jej sens.

Biskup Grzegorz Ryś opisuje tę książkę tak: Książka jest skierowana przede wszystkim do Młodego Czytelnika (choć z pożytkiem przeczyta ją każdy) - wyrosła ze spotkań z Młodymi, jest próbą odpowiedzi na szereg pytań, które w ich trakcie padły. Tematy - podstawowe: Eucharystia, spowiedź, wiara... I słusznie! Bo takie dziś właśnie padają pytania. I taki winien być - wychodzący im naprzeciw - przekaz.

Nie ukrywam, że duchowość franciszkańska jest mi niezwykle bliska, więc z chęcią sięgnęłam po książkę ojca Lecha Dorobczyńskiego. Praktykujący, ale czy...wierzący? to moim zdaniem książka dla wszystkich, jest to pozycja, która przedstawia Kościół zupełnie inny od tego stereotypowego, ten stereotyp wręcz obala. Nie dość, że jej tematyka jest niezwykle dla mnie ciekawa, to uważam, że jest bardzo wartościowa. Z racji kontaktu autora z młodzieżą jest napisana językiem dla młodych – w sposób przystępny i łatwy do zrozumienia. Książka pisana językiem mówionym – napisana w taki sposób, że odnosiłam wrażenie, jakbym uczestniczyła w jakiejś rozmowie czy konferencji. Przepraszam, nie w jakiejś tam – jakby autor mówił konkretnie do mnie, co dodatkowo zmusza do refleksji. Praktykujący, ale czy...wierzący? to nie jest ani droga, ani gruba, ani trudna do zrozumienia, warta przeczytania, choć mam świadomość, że nie jest to książka dla wszystkich (zresztą chyba jak każda książka;).

Święci ludzie to nie ci, którzy nigdy w życiu nie upadli. Świętość to konsekwencja. Wyznaczasz sobie cel, jakim jest Niebo, i konsekwentnie zmierzasz w jego kierunku. Kiedy upadasz – wstajesz, otrzepujesz się i idziesz dalej. Tak. Świętość to wierność. Mimo upadków. To powroty. Nieustanne.

Praktykujący, ale czy...wierzący? to pozycja, do której z pewnością wrócę i nikomu nie oddam. Wartościowa książka, która dodaje skrzydeł, zmusza do zastanowienia, pomyślenia i refleksji nad nią, a podczas jej lektury można się przekonać o wyjątkowej życiowej mądrości autora! Polecam z całego serca.

I taki mem na koniec;)



Książkę przeczytałam dzięki uprzejmości: