Pokazywanie postów oznaczonych etykietą literatura grozy/horror. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą literatura grozy/horror. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 27 września 2015

"Domofon" Zygmunt Miłoszewski

Tytuł: Domofon
Autor: Zygmunt Miłoszewski
Wydawnictwo: W.A.B.
Ilość stron: 333
Ocena: 5/6



Ludziom miesza się rzeczywistość z wyobraźnią. Wstydzą się tego, o czym pomyśleli, są dumni z rzeczy, których nie zrobili, kochają tych, których nie znają, i nienawidzą tych, o których tylko słyszeli.





Zygmunt Miłoszewski to autor, o którym zrobiło się szczególnie głośno dzięki cyklowi z prokuratorem Teodorem Szackim w roli głównej i to właśnie głównie z tym cyklem jest kojarzony. W swoim dorobku ma jednak także horror osadzony w polskich realiach pod tytułem Domofon, którą niedawno skończyłam czytać.

Warszawa, dokładniej Bródno i jeden z bloków na tym osiedlu. To właśnie do niego wprowadza się Agnieszka i Robert – młode małżeństwo, które w stolicy pragnie rozpocząć nowe życie. Jednak od samego początku zaczynają się tam dziać dziwne rzeczy – zaczyna się drastycznie od trupa w windzie. Później jest jeszcze bardziej straszniej– wszystkich mieszkańców dręczą koszmary, połowa mieszkań stoi pusta, a wszystkie możliwości wyjścia przez drzwi czy okna zostaje w tajemniczy sposób zostaje zablokowana uniemożliwiając mieszkańcom wyjście z bloku. Co takiego tam się dzieje? Dlaczego dzieją się tam tak dziwne rzeczy? Dlaczego dochodzi do morderstw? Dlaczego mieszkańcy są uwięzieni w swoim własnym bloku? Jakie mroczne moce dręczą koszmarami 
lokatorów?
Nie chcę się bawić w filozofowanie, ale nie ma człowieka, który nie nosiłby w sobie wielkich traum, lęków, prawdziwych lub urojonych win, marzeń gwałcących wszelkie normy społeczne. Zepchnięte w najdalsze zakamarki psychiki, czynią nas bezradnymi, kiedy pojawiają się na powierzchni. Przez całe życie uczymy się udawać, że ich nie ma, zamiast stawać z nimi twarzą w twarz. Zmuszeni do tej konfrontacji, przegrywamy, choć moglibyśmy zwyciężyć. Wybieramy najłatwiejsze wyjście: ucieczkę. A ucieczką od samego siebie może być tylko śmierć lub szaleństwo.

Domofon jest książką, którą kupiłam na jakiejś wyprzedaży skuszona nazwiskiem, ponieważ poznałam jego twórczość dzięki Uwikłaniu z Teodorem Szackim w roli głównej. Jest także debiutem Miłoszewskiego, o czym dowiedziałam się dopiero po przeczytaniu. Muszę jednak przyznać, że autor spisał naprawdę dobrze... Na początku książka ma klimat bardziej kryminału aniżeli horroru, akcja momentami też akcja nie toczy się zbyt szybko, ale jednak autor nadrobił to szerokim wachlarzem postaci, które są dość charakterystyczne i bardzo różne, co daje naprawdę sporo przyjemności podczas czytania. Pomysł na książkę jest bardzo ciekawy, wykonanie też bardzo dobre, zwłaszcza biorąc pod uwagę to, że to debiut, a do tego zakończenie, które naprawdę mnie zaskoczyło i wbiło w fotel... Naprawdę wielkie brawa dla Miłoszewskiego za tak dobrą pierwszą książkę.

Zachowania wielkopłytowych społeczności sprzyjają tajemnicy. Nikt nikogo nie zna, nikt z nikim nie rozmawia, nikt się do nikogo nie wtrąca. Dopóki nie cuchnie rozkładającym się trupem, wszystko jest w porządku.

Podsumowując Domofon to książka dobra, z dreszczykiem emocji, dobrze skonstruowaną intrygą, a przede wszystkim ciekawym i dobrze zrealizowanym pomysłem. Zdecydowanie warto po nią sięgnąć. Polecam ją szczególnie wszystkim miłośnikom kryminału oraz literatury grozy – na pewno się nie zawiodą.

czwartek, 26 marca 2015

"Manitou" Graham Masterton

Tytuł: Manitou
Autor: Graham Masterton
Cykl: Manitou
Tom: pierwszy
Wydawnictwo: Albatros
Ilość stron: 272
Ocena: 3/6
             
                     
Są we wszechświecie tajemnice, o których nie mamy pojęcia. To, co zdołamy poznać podczas naszego fizycznego życia, jest jedynie małym fragmentem całości. Istnieją niezwykłe światy w światach, a w nich jeszcze dziwniejsze.




Graham Masterton to brytyjski twórca horrorów, z którego twórczością postanowiłam się zapoznać w momencie, kiedy w ubiegłe wakacje przyjechał do Polski i miałam okazję go spotkać – po prostu strasznie mnie zmotywowało to spotkanie z nim. Nie mogłam ominąć jednej z jego najbardziej znanych pozycji (i jedynej zekranizowanej) – Manitou.

Nowy Jork. Współczesność. Młoda kobieta zaniepokojona zgłasza się do lekarza z dziwną naroślą na karku, która z dnia na dzień się powiększa. Okazuje się, że w jej ciało wszedł duch indiańskiego szamana, Misquamacusa, który pragnie się zemścić za swoich braci. Co z tego wyjdzie? Jakim cudem owa kobieta stała się celem ducha? Dlaczego akurat ona? Co ów upiór zrobi? Co chce zrobić i co zmusiło do powrotu po 300 latach?

Nocą czuje się, że złe duchy chętniej odpowiedzą na wezwanie i nawet zwykły cień czy ubranie w dziwny sposób układające się na oparciu krzesła, mogą rozpocząć własne, wrogie życie.

Manitou to lektura zupełnie nie wymagająca, czyta się ją naprawdę lekko i szybko, ale jednak moim zdaniem jest to książka bardzo przeciętna. Jej fabuła jest daleka od skomplikowania, a do tego brakuje tam intryg. Sama historia jest mało zaskakująca, do bólu przewidywalna, czasami wręcz banalna, a to zdecydowanie nie jest fascynujące. Bohaterowie, którzy występują w Manitou są mdli, niewyróżniający się, płascy – nic nadzwyczajnego. Sama książka jest napisana prostym językiem, czasami aż nazbyt prostym. Według mnie sam pomysł na książkę, mógłby być o wiele lepiej wykorzystany – naprawdę. Bo wszystko co się dzieje wydaje się niedopracowane, niewykończone... Można trochę przymknąć oko, ze względu na to, że jest to debiut Mastertona, ale wciąż nie zachwyca. Manitou to książka dość przeciętna, niezaskakująca oraz niezapadająca w pamięć. Dość średnie czytadło, które czasami jest doprawdy naciągane. Dość średnia, do poczytania, ale żadne arcydzieło. No i wciąż nie rozumiem ogólnego podniecenia twórczością Grahama Mastertona. No czytadła i nic więcej...

czwartek, 25 grudnia 2014

"Liżąc ostrze" Jakub Ćwiek

Tytuł: Liżąc ostrze
Autor: Jakub Ćwiek
Wydawnictwo: Fabryka Słów
Ilość stron: 294
Ocena: 1.5/6


Teraz podniósł z półki "Miasteczko Salem" Kinga. To z pewnością był autor, którego nikt z żyjących w czyśćcu od dawna nie widział. Czasu gdy tamten dawał się tu przenosić za pomocą używek, minęły lata temu, a od tamtej pory jego sny wypełniały tylko koncepcje następnych powieści.




Jakub Ćwiek to dość znany polski twórca książek fantasy, z którego twórczością miałam okazję już się zapoznać przy lekturze Chłopców, choć bardziej zasłynął z serii o Kłamcy, z którą nie miałam styczności. Teraz przyszedł czas na recenzję książki Liżąc ostrze tegoż autora.

Cóż tu pisać o fabule? Teoretycznie pogranicze horroru i kryminału, a główną rolę odgrywa tu  Kacper Drelich – podkomisarz, którego zadaniem było rozpracowanie grupy przestępczej i cudem unika śmierci. Co mu się przytrafia? Świadkami jakich przygód będziemy? Jak jego rodzina reaguje na jego pracę? Jakim jest człowiekiem? Z jakimi zadaniami się zmierzy?

Liżąc ostrze to książka na której się zawiodłam i nie zamierzam tego ukrywać. Czytałam ją naprawdę długo i miałam problem, żeby doczytać ją do końca. A jakie czynniki na to wpłynęły? Fabuła, która zupełnie nie trzymała mnie w napięciu i w moim odczuciu była do bólu nudna i zupełnie nieskomplikowana. Jak dla mnie – istne flaki z olejem. Do tego bohaterowie. Równie nudni co fabuła, do tego mdli, mało wyraziści i nie przykuwający uwagi. Tacy sobie. Język, jakim operuje autor mało literacki, prosty. Sama książka moim zdaniem jest zupełnie nudna i bez wyrazu. Naprawdę dawno się nie męczyłam tak przy żadnej książce. Naprawdę najsłabsza książka jaką czytałam od dłuższego czasu. No i cóż tu więcej pisać? Aż brakuje mi słów co by o niej pisać. Po prostu nudy. I jak można się domyślić - zdecydowanie odradzam jej czytanie, bo będzie to zupełnie zmarnowany czas.

poniedziałek, 28 lipca 2014

"Zbaw nas ode Złego" Lisa Collier Cool, Ralph Sarchie

Tytuł: Zbaw nas ode Złego
Autor: Lisa Collier Cool, Ralph Sarchie
Wydawnictwo: Esprit
Ilość stron: 448
Ocena: 4/6

I być może wam również się wydaje, że ci ludzie to świry (opętani) albo że egzorcyzmy to średniowieczny sposób leczenia psychicznych lub fizycznych chorób nieprzystający do czasów Internetu. Jeśli tak, to diabeł zdobywa przewagę. Przecząc jego istnieniu tylko się wzmacnia jego siłę. Lecz jeśli jesteście ludźmi wiary, to czy naprawdę przypowieści o wypędzaniu demonów przez Jezusa uważacie za bajki?





Co byś pomyślał gdybyś usłyszał dziwnie skrobania za ścianą, kroki w mieszkaniu, podczas gdy jesteś sam w domu lub gdyby lampa w kryształkami kołysała się podczas tego, gdy się modlisz? Co byś zrobił, gdyby ktoś, z kim mieszkasz krzyczał w nocy i rzucał się w nocy wraz ze swoim łóżkiem? Jak byś na to zareagował? A co jeżeli to Szatan?

Działanie diabła jest wciąż dokumentowane, ilość opętań wciąż wzrasta, a co za tym idzie – z roku na rok rośnie ilość egzorcystów, którzy walczą z tym Złym. W tych szeregach walczy także autor książki, Ralpha Sarchie – sierżant nowojorskiej policji pracujący w służbach porządkowych w najgorszej z możliwych w USA. Choć wychowany w katolickiej rodzinie w swoim dorosłym życiu nie był zbyt pobożny. Jednak po godzinach standardowej pracy pomaga w przeprowadzaniu egzorcyzmów pewnemu katolickiemu kapłanowi o nazwisku Mendoza oraz współpracuje z małżeństwem Warrenów, których zmagania z szatanem zostały udokumentowane w filmie Obecność. Podczas pracy w policji oraz zajmowania się opętaniami i egzorcyzmami napatrzył się na zło, jakie jest na świecie. Nie o „źle wtórnym”, czyli tym popełnianym przez ludzi, ale o „źle pierwotnym”, które ma źródło o wiele głębiej. Co spotyka Ralpha Sarchie w jego pracy? Na czym polega jego współpraca z Mendozą i Warrenami? Jak idzie im walka ze złem? 

Nie może nazywać siebie Chrześcijaninem , a już na pewno nie Katolikiem ten, kto wątpi w istnienie diabła.

Zbaw nas ode Złego to autobiograficzna książka Sarchiego, na podstawie której powstał także film o tym samym tytule. Jest to także jedna z tych pozycji, której ekranizację zobaczyłam zanim zabrałam się za jej czytanie, co chyba nie było zbyt dobrym pomysłem. Dlaczego? Głównie dlatego, że po obejrzeniu filmu spodziewałam się zupełnie czegoś innego, wydarzeń opisanych i przedstawionych tak jak w ekranizacji. Zaczęłam czytać i dość długo mam się przestawić na fakty opisane w książce. Przede wszystkim w lekturze wszystko jest przedstawione oczami głównego bohatera i autora zarazem, a te wydarzenia nie mają jakiejś konkretnej fabuły – po prostu opisane różne, luźne i praktycznie niepowiązane ze sobą incydenty. No i jest przedstawiona współpraca z Warrenami – tego nie ma w filmie. A szkoda. Książka jest podzielona na 14 rozdziałów niepowiązanych ze sobą wydarzeniami, ale mające wspólny mianownik – Zło zdziałane przez samego Szatana. Niestety nie ma co ukrywać, że pod względem literackim Zbaw mas ode Złego jest pozycją dość kiepską. Ale chyba nie do końca to się w niej liczy i nie do końca chodziło o to, żeby zachwycać się jej super literackim stylem. Przynajmniej według mnie pozycja ma za zadanie uświadomić czytelnika, pokazać jakie zło jest niebezpieczne, jakie szkody wyrządza w życiu najróżniejszych ludzi – i to nie tylko satanistów, którzy czczą jawnie diabła, a także tych najgłębiej wierzących. Książka ma pokazać, jakie to wszystko niebezpieczne, że nie warto igrać z ogniem jaki jest Szatan. O tym niebezpieczeństwie mówi świetnie cytat: Wyjątkowym okrucieństwem, do którego uciekają się niektórzy okultyści, jest rzucanie uroku na figurki albo obrazki z motywami religijnymi. Takie pozorne religijne, a w rzeczywistości przeklęte przedmioty, są potem sprzedawanie na rozmaitych kiermaszach i zasiewają zło w sercach bogobojnych, niczego niepodejrzewających ludzi, którzy je kupują.

Tylko ktoś o naprawdę silnej wierze, jak na przykład biskup, może poprowadzić obrzęd egzorcyzmu. Wypędzanie demonów bez wiary byłoby rozłożonym w czasie samobójstwem. I nawet wtedy egzorcysta musi myśleć o Bogu i mieć świadomość własnych słabości bo to one staną się celem ataku demona.

Czy polecam Zbaw na ode Złego? Tak, jeżeli chcecie z tej perspektywy poczytać o opętaniach, egzorcyzmach i walkach z Szatanem. Jeżeli oczekujecie takiej samej fabuły jak w filmie – mocno się rozczarujecie, bo ekranizacja to istna wariacja na temat książki, chyba tylko główni bohaterowie są ci sami, choć i nie wszyscy (np. brak Warrenów). Generalnie skończyłam ją z trochę mieszanymi uczuciami... Nie zmienia to faktu, że ciarki nie raz przechodzą po plecach podczas lektury i potrafi wzbudzić strach.

Édgar Ramírez jako Mendoza oraz Eric Bana jako Ralph Sarchie
Kadr z filmu Zbaw nas ode Złego
(Kliknij, aby powiększyć)



poniedziałek, 14 lipca 2014

"Dni ciemności" Rainer M. Schröder




Tytuł: Dni ciemności
Autor: Rainer M. Schröder
Wydawnictwo: TELBIT
Ilość stron: 196
Ocena: 5/6









Tajemnicze klasztory, mrok i tajemnice – to coś co dla mnie jest naprawdę pociąga, dlatego dy przeczytałam opis na okładce książki Dni ciemności stwierdziłam, że muszę ją przeczytać. Gdy wypożyczyłam ją z biblioteki – długo nie czekała na swoją kolej.

Ale świadkami jakich wydarzeń będziemy w książce Dni ciemności autorstwa Rainer M. Schröder? W klasztorze cystersów w Himmerod dzieją się dziwne rzeczy. W krótkim czasie kilku braci umiera jeden po drugim w dziwnych okolicznościach, jeden dniami i nocami klęczy w kaplicy nie chcąc nic jeść czy spać ani do nikogo się odzywać, tylko nadzwyczaj gorliwie się modląc. Wszędzie chodzą pogłoski o demonie, a jednocześnie wciąż pojawia się coraz więcej pytań, wątpliwości i tajemnic. Czy te plotki są prawdziwe? Czy uda się rozwiązać zagadkę tych tajemniczych wydarzeń? Co tam tak naprawdę się dzieje? Jakie tajemnice skrywa opactwo Himmerod w dolinie rzeki Salm?

Dni ciemności były dla mnie niezwykle miłą, aczkolwiek krótką lekturą. Na okładce wyczytałam, iż ma to być mrożąca krew w żyłach powieść, ale niestety nie spełniła do końca tego zadania. Dlaczego? Z bardzo prostej przyczyny – było tam niezwykle mało grozy i scen, które miałyby mi zmrozić krew w żyłach. Wydaje się to być książka skierowana raczej do młodszych czytelników, taka młodzieżowa pozycja z pogranicza thrillera, sensacji i literatury grozy. Napisana niezbyt skomplikowanym językiem, ale jednocześnie nie jest on prostacki i nieliteracki – taki trafiający do przeciętnego czytelnika i obywatela.

Muszę przyznać, że pomysł autora na Dni ciemności jest naprawdę ciekawy i oryginalny, ale mógłby być bardziej rozbudowany aniżeli na tych niecałych dwustu stronach. Jednocześnie napięcie w tej książce jest odpowiednio stopniowane, ale także nie przedawkowane. Wszystko fajnie, pięknie, ale po skończonej lekturze odczułam pewien niedosyt - głównie z racji tego, że tak szybko się skończyła. Wciągnęłam się w historię, zachwyciłam się jej cudownym klimatem, niebanalnym pomysłem na fabułę, minęło niewiele ponad godzinę i książka już przeczytana, a ja nie miałam co robić w pociągu.


Podsumowując – Dni ciemności to przyjemna, ciekawa i zapadająca w pamięć lektura, która pozostawia po sobie pewien niedosyt i to właśnie z jego powodu zamierzam sięgnąć po inną książkę pisarza wydaną w Polsce, mianowicie po Świadectwo Judasza.

wtorek, 10 czerwca 2014

"Historia Lisey" Stephen King

Tytuł: Historia Lisey
Autor: Stephen King
Wydawnictwo Prószyński i s-ka
Ilość stron: 528
Ocena: 2,5/6



(...) samotność nigdy nie jest bardziej samotna niż wtedy, kiedy człowiek się budzi i uświadamia sobie, że ma cały dom dla siebie. Że jedyne żywe stworzenia to ty i myszy w ścianach.





Stephen King to twórca wielu książek, a ja mam już kilka tytułów z jego bibliografii na swojej półce. Jedną z takich książek jest właśnie Historia Lisey.

W książce poznajemy tytułową Lisey -  żonę znanego pisarza, który zmarł dwa lata wcześniej. Przed jego odejściem byli ze sobą 25 lat, a ona wciąż żyła w jego cieniu, w cieniu znanego pisarza. Jak kobieta poradziła sobie, ze śmiercią swojego ukochanego męża, z którym była tak zżyta? Jak poradzi sobie bez ich intymnej relacji? Co King zawarł w swojej najbardziej intymnej książce?

Historia Lisey to jedna z  tych książek, za którą się zabrałam bez większego entuzjazmu i to dobrze, bo generalnie książka mnie nie porwała. Pisana charakterystycznym dla Kinga stylem, pełnym neologizmów, często niezrozumiałych i drażniących. No i najbardziej romantyczna, największe love story autorstwa Kinga, z jakimi miałam kontakt. Ckliwe romansidła i retrospekcje pełne miłosnych uniesień – to nie dla mnie. A w Historii Lisey tego pełno. Ok, pojawiają się krwawe sceny czy elementy fantastyki, ale jednak ckliwość uczuć, retrospekcji związanych z ukochanym mężem, z którym kobieta spędziła tyle lat.  

Bywało, iż zdarzał się dzień ponury , szary (albo słoneczny), kiedy dopadała ją tęsknota tak żrąca, że czuła się pusta, już wcale nie kobieta, ale suche drzewo, w którym świszcze zimny listopadowy wicher. Tak właśnie czuła się teraz (...), aż ją głowa rozbolała od myśli o tych wszystkich przyszłych latach i zaczęła się zastanawiać, na co komu miłość skoro do tego prowadzi, skoro można się tak czuć choćby przez dziesięć sekund.

Historia Lisey to książka, przy której się wymęczyłam. Jest inna niż pozostałe książki Stephena Kinga, Zdecydowanie bardziej ckliwa i... nudna. Choć pojawia się po raz kolejny motyw pisarza tak jak w Stukostrachach czy Miasteczku Salem i styl pisania wciąż charakterystyczne, to jednak mnie to nie przekonuje. Za dużo retrospekcji i sentymentalizmu. Naprawdę się  wymęczyłam chcąc ją skończyć czytać. Co ciekawe King podobnoć uważa ją za jedną ze swoich najlepszych książek i szczyt swoich pisarskich umiejętności. No jak dla mnie mija się to z prawdą. Ale co ja tam wiem.

Pamiętała, jak kiedyś, w szczęśliwszych czasach, powiedział jej, że mężczyźni hetero gapią się na wszystko rodzaju żeńskiego w wieku od mniej więcej czternastu do osiemdziesięciu czterech lat; twierdził, że to przez taki prosty obwód łączący oko z fiutem, że mózg nie ma z tym nic wspólnego.

Podsumowując, Historia Lisey to pozycja niezbyt porywająca, zupełnie różna od pozostałych książek rzekomego Króla grozy, a dodatkowo ckliwa, sentymentalna, pełna miłosnych uniesień i neologizmów. Chyba, że rajcują Was różnego rodzaju miłosne opowiastki i love story w wykonaniu Kinga.

niedziela, 4 maja 2014

"Czarny Dom" Stephen King, Peter Straub

Tytuł: Czarny Dom
Autor: Stephen King, Peter Straub
Wydawnictwo: Prószyński i s-ka
Ilość stron: 648
Ocena: 5.5/6



Nic nie dzieje się bez przyczyny, choć może być ona ukryta; rozluźnij się i odpręż dostatecznie długo, żeby przestać być pierdzielącym frajerem, a pewnie zdołasz dogrzebać się powodu.





Stephen King to jeden z tych pisarzy, którego książek mam w domu od groma dzięki mojemu ukochanemu Księciuniowi z bajki. Jedną z nich jest pozycja, która stworzył razem z Peterem Straubem, jak później się dowiedziałam nie jest to ich pierwsze wspólne dzieło – był nim Talizman.

Ludzka dusza mieści bowiem nieskończoność pokoi, niektórych olbrzymich, niektórych nie większych od schowka na szczotki, innych zamkniętych, jeszcze innych przepełnionych jasnym światłem.


Czarny dom to książka, w której spotykamy Jacka Sawyera, którego już można było już poznać w ich wcześniejszego dzieła zatytułowanego jako Talizman. Aktualnie jest byłym funkcjonariuszem policji i mieszka w niewielkiej i pozornie spokojnej miejscowości w Wisconsin, gdzie dochodzi do serii brutalnych, koszmarnych morderstw, które do złudzenia przypominając zabójstwa dokonane przed dziesięcioleciami. Jaką rolę w tym wszystkim odgrywa Czarny dom? Czym on jest? I co w nim się wydarzy? A kto jest mordercą? Jakie to ma powiązanie z wydarzeniami z poprzedniej części, w jakich brał Jack Sawyer? 

Mgła sprawia, że znajome wydaje się obce. Do tego dochodzi zapach - pradawna, mewia woń, wciskająca się głęboko w nozdrza i budząca ukrytą część umysłu, zdolną do uwierzenia w potwory, gdy skraca się perspektywa, a serce ogarnia niepokój.

Czarny dom to książka, która dla Stephena Kinga jest zupełnie niepodobna, ale on sam w jednym z wywiadów przyznał się, że miał w niewiele wkładu w jej stworzenie, że więcej roboty przy jej pisaniu odwalił Peter Straub. I to widać. Jest o wiele bardziej mroczna i przerażająca niż pozostałe książki rzekomego Króla Grozy. Jest to książka, przy której warto się skupić z powodu mnogości wydarzeń i postaci, ale wcale nie jest to żadnym minusem. Fajnie, że książka zmusza do myślenia i podążania za bohaterami, chęcią zrozumienia wydarzeń i ich przyczyn. Nie czytałam poprzedniej części pt. Talizman i chwilami nie do końca wiedziałam o co chodzi z wydarzeniami związanymi z przeszłością Jacka Sawyera, ale to były tylko momenty, nie wpłynęło na ogólny odbiór książki. Jest to książka, której lektura sprawiła mi wiele radości i przyjemności. King to pisarz – grafoman, który powiela swoje pomysły, wciąż wykorzystuje te same motywy. Tu jest zupełnie inaczej. Widać, że Straub to dobry pisarz, który tworzy barwne i ciekawe postacie, a historia jest ciekawa i zarysowana.


Niektóre rzeczy można zrobić jedynie bez przezornego wtrącania się umysłu; kiedy robota jest obrzydliwa, często najlepszy jest instynkt.

Czarny dom to książka, z której jestem naprawdę zadowolona i jej lektura sprawiła mi wiele radości i przyjemności. Z chęcią sięgnę kiedyś po inne książki Strauba, zwłaszcza po Talizman, żeby lepiej zrozumieć jej kontynuację. Fani typowej twórczości Kinga nie będą do końca zadowoleni z powodu jego braku powielanych motywów i pomysłów czy grafomaństwa. Za to fani klimatycznych książek z dreszczykiem emocji będą zadowoleni z tej pozycji, która daje ponad 600 stron naprawdę przedniej zabawy.


wtorek, 1 kwietnia 2014

"Miasteczko Salem" Stephen King

Tytuł: Miasteczko Salem
Autor: Stephen King
Wydawnictwo: Prószyński i s-ka
Ilość stron: 544
Ocena: 4/6


Zdaje się, że zapomniałeś o doktrynie swego Kościoła, czyż nie tak? Krzyż... chleb i wino... konfesjonał... to tylko symbole. Gdy zabraknie wiary, krzyż zmienia się w zwykły kawałek drewna, chleb w upieczoną mąkę, a wino w kwaśny sok z winogron.





Wampiry, wampiry, wampiry... One są wszędzie i zapewne jak wielu się przekonało wcale nie muszą mieszkać w zamczyskach ani nie żyły w pradawnych czasach. Udowadnia to pisarz zwanego Królem grozy w jednej z jego kultowych i początkowych książek w jego w bibliografii. Mowa o Miasteczku Salem.

Jerusalem to miasteczko położone na północ od Portland, które przez wiele, wiele lat nie słynęło z niczego i niczym szczególnym się nie wyróżniało. Do momentu, w którym nie zaczęły z niego znikać ludzie. W tym samym czasie do owego miasteczka przybywa znany pisarz, który się w nim wychował, żeby napisać o nim owo miejsce, bym nim się inspirować. Czy plotki o tym, że to przez niego zaczęli znikać ludzie są prawdziwe? Co za tym stoi? Ile ludzi musi zniknąć, żeby odkryto co tam się dzieje?

Miasteczko Salem to książka zaliczana do klasyki horroru, choć moim zdaniem nie do końca spełnia swoją rolę – przestraszenie czytelnika. Po raz kolejny po cichu liczyłam, że choć raz Król Grozy sprawi, że na moich plecach pojawią się przysłowiowe ciarki i tu niestety się zawiodłam. Dlaczego? Po raz kolejny mamy do czynienia z pisarzem jako jednym z głównych bohaterów (tak samo jak w Stukostrachach czy Lśnieniu, które jak na razie poznałam tylko dzięki ekranizacji). Tak samo jak po raz kolejny spotykamy grupkę ludzi próbującą uratować świat (jak chociażby w Desperacji czy Komórce). Kolejnym powtarzającym się motywem jest nieduże, prowincjonalne miasteczko. Czyż to już nie zalicza się pod grafomanie, kiedy autor wydaje 1-2 książki rocznie kopiując motywy z poprzednich pozycji? Ale wróćmy do samej książki. Przede wszystkim zawiodłam się na tym, że Miasteczko Salem jest opiewane jako cudowny i wspaniały horror i klasyka gatunku, do której nie można zaliczyć. Brakuje dreszczyku emocji i ciarek przechodzących po plecach czy strachu po lekturze, że mnie coś zaatakuje jak będę szła nocą do toalety bez zaświeconego światła. No i wampiry... Co ciekawe wydawca nie wspomina o tym ani słówka, a dowiedziałam się o tym od mojego Księcia z bajki, który oglądał ekranizację owej pozycji. Pomijając fakt, że za nimi nie przepadam, jak za większością rzeczy, która jest modna i na topie, to sama książka nie jest ani straszna ani zaskakująca. Jest w niej sporo bohaterów, co sprawia że momentami idzie się pogubić, ale generalnie dawałam radę. Ich wykreowanie nie jest złe, choć do arcydzieł się nie zalicza tak jak sama książka. Język, jakim operuje King jest lekki, niezbyt skomplikowany, ale jednocześnie nie przesiąknięty wulgarniejszymi sformułowaniami. Moim zdaniem obyło by się bez kilku opisów, na których książka by nie straciła, a wręcz przeciwnie. Byłaby krótsza i być może bardziej dynamiczna. Zdecydowanie mi czegoś w niej brakuje. Nie wiem do końca czego, ale w każdym bądź razie nie jest to lektura wysokich lotów i jakoś mocno wbijająca się w pamięć. Jej ekranizacji nie widziałam, ale będę musiała nadrobić dla samego porównania.

Podsumowując Miasteczko Salem – nie jest tragiczne, czyta się dość przyjemnie, aczkolwiek nie zmienia faktu, że jest to czytadło, do którego lektury momentami nie chciało mi się wracać z powodu jego przewidywalności i przynudzających opisów. Po prostu średnia;)


wtorek, 11 lutego 2014

"2586 kroków" Andrzej Pilipiuk

Tytuł: 2586 kroków
Autor: Andrzej Pilipiuk
Wydawnictwo: Fabryka słów
Ilość stron: 520
Ocena: 4,5/6



Myślenie o grzechu deprawuje duszę człowieka bardziej niż sam grzech, dlatego lepiej czasem zgrzeszyć, aby już o tym nie myśleć...






Jak myślisz? Jak daleko zajdziesz pokonując 2586 kroków? Jaki dystans? Dlaczego taki tytuł? I dlaczego postacie na okładce nie mają twarzy? Czym tym razem Pilipiuk nas zaskoczył? Co takiego stworzył i co kryje się w 520 – stronicowej książce jego autorstwa?

2586 kroków to zbiór opowiadań zabarwionych specyficznym, pilipiukowym kolorytem, typowym dla pisarstwa tego autora, a tekstów w książce jest 14. Jakie? Oto tytuły: 2586 kroków, Samolot do dalekiego kraju, Wieczorne dzwony, Parszywe czasy, Szansa, Mars 1899, W moim bloku straszy, Atomowa ruletka, Wiedźma Monika, Griszka, Bardzo obcy kapitał, Vlana, Szambo, Strefa. Spotykamy w nich profesora Skórzewskiego goszczącego w mroźnej Norwegii, dowiadujemy się o istnieniu państwa, którego nie ma na mapach, odbędziemy także wyprawę za naszą wschodnią granicę, poznamy wiedźmę, a także wiele innych postaci oraz historii. Jakich? Zobaczysz podczas lektury;)



Bóg dał człowiekowi konia na przyjaciela.
 Podeptaliśmy ten dar, zmarnowaliśmy,
 czyniąc z konia swojego niewolnika.
2586 kroków to książka, którą już od dość dawna mam na swojej półce, stała pośród innych książek Pilipiuka razem z Aparatusem czy Szewcem z Lichtenrade. Ostatnio brakowało mi specyficznego humoru i stylu autora, więc sięgnęłam po ten zbiór opowiadań i muszę przyznać, że dla wszystkich opowiadań trudno znaleźć jakiś wspólny mianownik (poza stylem i humorem oczywiście;). Nie zmienia jednak to faktu, że zbiór wywarł na mnie pozytywne wrażenie, zwłaszcza pierwsze teksty w nim zawarte. Są one niezwykle pomysłowe, pełne uroki, delikatnej magicznej aury bijącej od nich, z zaskakującymi zakończeniami i podsumowaniami, po raz kolejny autor pokazuje swoją wyjątkową umiejętnością łączenia historii z fantastyką, odpowiedniego historycznego tła i magiczną poświatą i aurą. Jednak już mniej więcej w połowie opowiadania robią się coraz mniej przewidywalne, tajemnicze i zaskakujące. Jednakże znajdziemy w nich i elementy grozy i zagadki, a czasami można uśmiać się do łez, co zresztą jest bardzo charakterystyczne dla Pilipiuka, tak samo jak to, że chwilami autor pisze tak, że można się pogubić w wątkach i opisach jakie nam serwuje. Opowiadania z tego są zupełnie nierówne. Z jednych można by zrobić dłuższe formy, a i tak nadal byłyby ciekawe, niektóre są nudne i wydają się zupełnie niepotrzebne i niszczące piękny literacki krajobraz książki. Jednak generalnie 2586 kroków to pozycja dość dobra, okraszona ciekawymi ilustracjami Macieja Dębskiego, które także prezentuje przy tej recenzji. Arcydzieło to nie jest, ale zdecydowanie lektura przy której nie należy się spieszyć i można ją polecić każdemu miłośnikowi elementów grozy, fantastyki i humoru zestawionych ze sobą razem;)

środa, 5 lutego 2014

"Klub Dumas" Arturo Perez-Reverte

Tytuł: Klub Dumas
Autor: Arturo Perez-Reverte  
Wydawnictwo: Muza
Ilość stron: 350
Ocena: 3.5/6


Gdy człowiek ma przy sobie książkę, nigdy nie jest sam, nieprawdaż? (...) Każda strona przypomina nam jakiś dzień z przeszłości, przywołuje ówczesne emocje. Godziny szczęśliwe zaznaczone kredą, ponure węglem... Gdzie wtedy byłem? Który to książę nazwał mnie swym przyjacielem, który żebrak bratem?...






Swoją przygodę z Klubem Dumas zaczęłam od jego wersji filmowej z Johny'm Deppem, a mianowicie poprzez  Dziewiąte wrota. Jak na miłośnika książek dość nietypowo, ale swego czasu ów film mnie urzekł, obejrzałam go kilka razy, a dopiero później, szperając na jednej czy drugiej stronie, dowiedziałam się, że jest on ekranizacją owej powieści. Tak więc przyszedł czas na jej lekturę zaraz po tym jak dostałam ją od mojego Księcia z bajki;)

W Klubie Dumas poznajemy łowcę książek, Lucasa Corso, który dostaje nietypowe zlecenie od pewnego bibliofila – milionera. Zadanie naszego bohatera polega na porównaniu trzech, jedynych egzemplarzy Dziewiątych wrót i wyśledzenie, która z tych wersji jest oryginałem, a które falsyfikatami. Tylko jeden z nich jest prawdziwy, a Corso ma wykryć, który z nich nim jest. Czy Lucas odkryje, które z owych egzemplarzy są podróbkami? Jak poradzi sobie z tym zadaniem? Jaki z tym związek ma Dumas – twórca Trzech muszkieterów (do których, notabene, jest mnóstwo odniesień)? A jaką rolę w tym wszystkim odgrywa sam diabeł?

Johnny Depp jako Lucas Corso
Klub Dumas to pozycja będąca swoistą hybrydą, bowiem znajdziemy w niej coś kryminału, horroru,
thrillera, rozprawki o książkach i czytelnictwie, a także trochę psychologi i symboliki. Jest to książka mroczna, choć chyba nie tak mocno jak film – to muszę przyznać. Napisana jest ona nieskomplikowanym językiem, zrozumiałym dla czytelnika, choć jej bohaterowie obracają się często w tzw. wyższych sferach. Styl pisarski autora mnie do siebie nie przekonał, ale widocznie muszę zapoznać się z większa ilością książek jego autorstwa, żeby mnie urzekł tak jak niektórych. Co do samej fabuły - jest zagadka, są tajemnicze manuskrypty, księgi, pojawia się także sam diabeł... Są pościgi, tajemnice, tajne zgromadzenia, wszystko co potrzebne, żeby książka była ciekawa. Jednak podczas lektury nie mogłam się nadziwić, jak Polański podszedł do ekranizacji tej pozycji, jego interpretacji tej pozycji. Sam film mnie naprawdę oczarował, ale jednak moim zdaniem reżyser przekoloryzował ów diabelski wątek, przedstawił go zdecydowanie wyraźniej i dobitniej niż jest to pokazane w oryginale książkowym. W Klubie Dumas mamy wyraźną dwuwątkowość (pod koniec oczywiście wyjaśnioną), ale nasz rodak widocznie skupia się na jedynym z nich, nawet nie zahaczając o drugi, Polański stworzył swój film usuwając z fabuły wszystkie aluzje i odniesienia do książek Dumasa, za to skupiając się wyjątkowo na owym wątku związanym z diabłem. Pomysł na fabułę dość ciekawy, bohaterowie również interesujący i nader specyficzni, ale muszę przyznać, że pozycja mnie nie zachwyciła. Jest to książka, nie ukrywam, którą wciąż będę zapewne porównywać do jej ekranizacji, z racji tego, że zapoznałam się z nią wcześniej, a po takiej adaptacji spodziewałam się o wiele lepszej, ciekawszej, wciągającej książki. Nie mówię, że jest ona zła, ale nie zachwyca, tak jakby mogła. Drzemie w niej spory niewykorzystany potencjał, który mógłby być zdecydowanie lepiej zagospodaroiwany;) Nie zmienia to faktu, że idalnie nadaje się, jeżeli ktoś na maturze ustnej z języka polskiego ma motyw książki w literaturze;)

wtorek, 19 listopada 2013

Christine

Tytuł: Christine
Autor: Stephen King
Wydawnictwo: Prószyński i s-ka
Ilość stron: 640
Ocena: 5.5/6




Jeśli jesteś brzydki i każdy się z ciebie nabija, patrzysz na świat zupełnie inaczej niż wszyscy. Trudno wtedy zachować dobry humor. Czasem trudno nie zwariować.





Jak myślisz? Czy sam samochód bez kierowcy może jeździć i zabijać? Czy przez samo posiadanie i reperowanie wozu można diametralnie się zmienić? Czy przez to można pozrywać lub/i popsuć wszystkie relacje z ludźmi, które zostały odludkowi? Czy o samochodzie, który jest rodzaju męskiego, można mówić używając zaimka „ona”? Jeżeli Cię to zastanawia, to zapraszam Cię do lektury Christine, autorstwa Stephena Kinga.
Chyba właśnie po tym można poznać ludzi naprawdę samotnych... Zawsze wiedzą, co robić w deszczowe dni. Zawsze można do nich zadzwonić. Zawsze są w domu. Pieprzone "zawsze".
Arnie Cunningham to 17-latek, który jest zupełnym odludkiem, szkolnym popychadłem z mnóstwem pryszczy na twarzy, z którymi zupełnie nie może sobie poradzić. Chłopak ma tylko jednego przyjaciela imieniem Danniel, z którym spędza większość swojego wolnego czasu już od dzieciństwa. Któregoś dnia, wracając z wakacyjnej pracy przy budowie autostrady chłopcy przy drodze zauważają stary samochód na sprzedaż. I tak właśnie zaczyna się ich tragiczna przygoda. Co się stanie? Jak ten samochód wpłynie na ich przyjaźń? Czy Arniemu uda się go wyremontować? Jak na ten pomysł zareagują rodzice chłopaka? Czy to zaakceptują?

Christine
Christine w swojej formie dzieli się na trzy części. W pierwszej i ostatniej narratorem jest Dennis, który opowiada o przygodach jakie ich spotkały, w drugiej zaś występuje narracja trzecioosobowa, która jest zrozumienia pozostałych bohaterów, lecz ten zabieg może spowodować trochę zamieszania i bałaganu. Christine to książka, która w wyraźny sposób pokazuje zmiany, jakie zaszły w Arniem, pokazuje samotność i bycie popychadłem jako swoistą, osobistą tragedię, od której nie sposób się uwolnić. King jest nazywany mistrzem w dziedzinie literatury grozy, lecz dopiero przy tej książce (Kolejnej jego autorstwa) poczułam momentami lekki dreszczyk przebiegający po plecach. Bo jak tu się nie wystraszyć samochodu jeżdżącego bez kierowcy? Zwłaszcza, że ów pojazd z premedytacją zabija? No jak? No to trzeba przyznać, że udało się autorowi lekkie ciarki u mnie wywołać. Jednak King nie byłby sobą, gdyby nie wtrącił jakiś seksualnych opisów o nabrzmiewającym członku itp. No cóż, widać element charakterystyczny dla niego. Tak samo jak dość prosty i średnio literacki język oraz akcja która toczy się w takim uśrednionym tempie bez jakiś szczególnych zwrotów akcji, jednak nie zmienia to faktu, że książkę czytało mi się naprawdę przyjemnie. Muszę przyznać, że jednak King zaskoczył mnie interesującą kreacją głównego bohatera – Arniego oraz ciekawym zakończeniem. Podsumowując, Christine to może nie arcydzieło w kategorii literatury grozy przez chociażby język i niezbyt wielkie przerażenie i strach jakie wywołała (w każdym bądź razie do Lovecrafta daleko), jednak jest to książka warta przeczytania, absorbująca umysł pociągająca w swym pomyśle. Teraz czeka na mnie ekranizacja, która powstała krótko po wydaniu książki.




niedziela, 11 sierpnia 2013

Stukostrachy

Tytuł: Stukostrachy
Autor: Stephen King
Wydawnictwo: Prószyński i s-ka
Ilość stron: 830
Ocena: 4.5/6


W nocy, gdy cały dom już śpi,
Stukostrachy, Stukostrachy stukają do drzwi.
Chciałbym stąd uciec, lecz boję się,
że Stukostrach zabierze mnie.






Pamiętacie ze swojego dzieciństwa jakiś wierszyk lub postać, którymi Was straszono, jak byliście niegrzeczni? Jakieś potwory spod łóżka, brzydcy panowie albo coś jeszcze innego? A co jeżeli postacie z takich wierszyków istnieją naprawdę? A może to Stukostrachy?

Każdy, kto słyszał o Stephenie Kingu i jego twórczości, słyszał zapewne również o jednej z jego bardziej znanych książek pt. Stukostrachy, opowiadającej o sennym miasteczku Haven, w którym zaczynają dziać się różne dziwne rzeczy... Wyobraźcie sobie las, mroczny i wielki. To właśnie w nim Bobbi Anderson podczas spaceru ze swoim psem potyka się o jakąś dziwną rurę. Cóż to może być? Kobieta zaczyna kopać i to od tego się wszystko zaczęło...To zmienia wszystkich mieszkańców miatseczka, poza jednym, poza przyjacielem Bobbi – pisarzem Jimem Gardnerem. Dlaczego tak jest? Co odkopie Bobbi? Dlaczego wszyscy tak się zmieniają? I czym są tajemnicze, tytułowe Stukostrachy? Czemu od tego miejsca bije zielona poświata?


Przed lekturą tej książki nie miałam względem niej żadnych oczekiwań, a dodatkowo nie czytałam żadnych opinii na jej temat w Internecie. Po prostu dostałam ją któregoś dnia od mojego Ukochanego i zabrałam się za jej czytanie. I wbrew wielu negatywnym opiniom na jej temat, mi ona przypadła do gustu i w mojej ocenie wypada ona o wiele lepiej niż np. Komórka. Dlaczego? Choć po raz kolejny pojawia się postać pisarza, jak np. w Misery czy w Lśnieniu (książki jeszcze nie czytałam ale widziałam film), sam pomysł na książkę wydaje się ciekawy. Tu jakieś zmiany, szalone wynalazki, niewyczerpane pokłady sił i mieszkańcy, którzy zachowują się jak naćpani. A do tego pisarz – alkoholik z kawałkiem metalu w głowie, który nie wie o co w tym wszystkim chodzi. Moim zdaniem King ma mistrza w tworzeniu fajnych pomysłów i niewykorzystywaniu ich do końca. Czy w Stukostrachach również tak było? Nie powiedziałabym. Idea wykorzystana na przyzwoitym poziomie, choć zdecydowanie mógłby wycisnąć z niej o wiele więcej. Ale jest ok. Do tego język i styl pisania charakterystyczne dla Kinga, generalnie średnio literacki język, młodzieżowy, ale lekki i przyjemny w czytaniu i sprawiający, że czytelnik nie chce się oderwać od książki. Jednak ostatnia pozycja autora - Joyland - podobała mi się o wiele bardziej, ale nie zmienia to faktu, że Stukostrachy wypadają pozytywnie w moich oczach. Ba! Zdecydowanie lepiej niż jej ekranizacja z 1993 roku, z Jimmy Smits oraz Marg Helgenberger w rolach głównych. W filmie Bobbi odebrałam jako kobietę zalatującą trochę na typową rozkojarzoną i zakochaną nastolatkę i to w dodatku blondynkę, jednak w książce wywołała u mnie zupełnie inne odczucia i wyobrażenia. No cóż, należe do grona tych ludzi, którzy uważają, że książki są lepsze od filmów;)
Czasami człowiek sądzi, że ujrzał już dno studni ludzkiej głupoty, ale spotyka kogoś, dzięki komu dowiaduje się, że ta studnia jednak nie ma dna
Podsumowując - polecam Stukostrachy, nie tylko fanom literatury grozy, lecz bardziej miłośnikom fantastyki przeplatanej z rzeczywistością. Ciekawa książka warta przeczytania. Lekka pozycja na umilenie letniego dzionka czy wieczoru;)

wtorek, 30 lipca 2013

Joyland

Tytuł: Joyland
Autor: Stephen King
Ilość stron: 336
Wydawnictwo: Prószyński i S-ka
Ocena: 5.5/6


Mogę wam tylko powiedzieć to, co sami wiecie: niektóre dni to skarb. Nie ma ich wiele, ale sądzę, że w życiu każdego jest takich kilka. Życie nie zawsze jest ustawioną grą. Czasem nagrody są prawdziwe. Czasem są cenne.





Wierzycie w duchy? Czy w Strasznym Domu w wesołym miasteczku może straszyć prawdziwy duch, zamordowanej tam dziewczyny? W jakiej formie jest King, jak się spisał w nowej książce?

Joyland to nazwa sporego wesołego miasteczka, w którym w trakcie wakacji zatrudnia się nasz bohater -  student Devin Jones i na wstępie słyszy o duchu straszącym w jednym z miejsc w swojej pracy. Właścicielka domu, w którym wynajmuje pokój, opowiada mu historię zamordowanej tam dziewczyny, której duch rzekomo tam straszy. Czy to prawda? Skoro tak, to dlaczego po tylu latach nie odnaleziono jej mordercy? Czy Devin spotka ducha? Czy odkryje co tam się stało? A przede wszystkim – czy spełni się w swojej pracy?

Joyland jest książką wyjątkową. Jest inna niż wszystkie książki Kinga, z którymi miałam dotychczas kontakt. Czytałam poruszającą Zieloną Milę, a także Komórkę czy Desperację, które wypadły dość średnio, czytałam również dramatyczną Misery, będącej klasyką jego twórczosci, jednak w żadnej z nich nie przeleciały mi po plecach ciarki. Joyland łączy w sobie wiele rzeczy. Jest wątek kryminalny, związany z owym zabójstwem, ale znajdziemy także paranormalne zjawiska jak duchy, które dodają książce atmosferę tajemniczości czy mroku. Trzeba przyznać, że King wpadł na ciekawy pomysł żeby duch miał konszachty z chorym chłopcem na wózku inwalidzkim. Jest to zdecydowanie jedna z lepszych książek owego króla grozy. Akcja rozkręca się dość długo, co jest zdecydowanym minusem. Do tego główny bohater, będący jednocześnie narratorem, często rozwodzi się na temat swojej pierwszej miłości i złamanego serca, no ale cóż, widocznie element, bez którego autor nie wyobrażał sobie tej pozycji. Ja zmieniłabym trochę proporcje w tej książce. Mniej owego leczenia złamanego serca, więcej o duchu lunaparku, więcej straszenia, bo choć naprawdę ciekawy pomysł, to mógłby być naprawdę o wiele bardziej rozwinięty. Devin Jones, choć trochę ciapowaty i generalnie średnio męski, wzbudził moją sympatię. Wzbudzili ja także inni bohaterowie tej książki, nawet postać, która później okazała się kimś niekoniecznie dobrym;) Na okładce jest napisane, że podobnoć poza horrorem i kryminałem, jest to także słodko-gorzka opowieść o dojrzewaniu. Ja jednak tego nie potrafiłam zauważyć. Może ktoś inny to wychwycił;) Przez pewien czas miałam wrażenie, że w tej książce King pozbył się swojego, na siłę młodzieżowego i średnio kulturalnego języka, jadnak zdarzały się takie wstawki, ale nie przeszkadzają one w czytaniu;)

Mamy jednak nadzieję, że zawsze będziecie wspominać czas spędzony w Joylandzie jako coś wyjątkowego. Nie sprzedajemy mebli. Nie sprzedajemy samochodów. Nie sprzedajemy ziemi, domów ani funduszy emerytalnych. Nie mamy żadnych celów politycznych. Sprzedajemy zabawę.




Podsumowując, Joyland jest książką naprawdę ciekawą i wartą przeczytania, choć ma swoje minusy, jednak polecam ją każdemu. Nawet, a chyba szczególnie osobom, które nie miały kontaktu z twórczością Kinga. Wyróżnia się na tle tych, które czytałam. Brak tu postaci pisarzy czy grupki ludzi walczącej ze złem, co częste jest w jego książkach. Tu tego brak i moim zdaniem King bardzo dobrze na tym wyszedł, a pozycja tylko zyskała;)

środa, 13 marca 2013

Desperacja

Tytuł: Desperacja
Autor: Stephen King
Wydawnictwo: Albatros
Ilość stron: 542
Ocena: 3.5/6


Portfel. Są w nim wszystkie Twoje dowody tożsamości. Będą pod ręką na wpadek, gdybyś zapomniał kim jesteś.







Z czym Wam się kojarzy słowo desperacja? Założę się, że nie przyszła Wam na myśl nazwa miasteczka przy pustynnej drodze, potężny, szalony  policjant czy stan Nevada. Przeczytajcie tę książkę, zacznie Wam się z tym kojarzyć. Ja sama jestem właśnie świeżo po lekturze tej pozycji.

Akcja Desperacji dzieje się właśnie w niewielkim, górniczym miasteczku, położonym w samym centrum pustyni, a jego nazwa jest także tytułem książki. Jest opustoszałe, zostały tam pozostawiane w bezładzie budynki, same zwierzęta, takie jak kojoty i myszołowy. W tej miejscowości jest także jeden mieszkaniec, Collie Entragian, który nazywa się jedynym i największym sprawiedliwym w tamtym terenie. Kiedy podróżni trafiają w te okolice spotykają właśnie tego mężczyznę, potężnego i przerażającego. Wszyscy, którzy zostają przez niego złapani są także przez niego więzieni i torturowani. Wszyscy trafiki tu przypadkowo, a teraz łączą siły, żeby pokonać swojego wroga,  owego potężnego i szalonego policjanta. Teraz wszyscy pojmą znaczenie słowa desperacja. Co zrobią? Do czego się posuną, do jakich czynów, żeby pozbyć się wroga? Jak skończy się ta historia?

Życie to jednak coś więcej, niż tylko ucieczka przed bólem.

Jak widać po księciowych stosikach, mój Książe postawił sobie za cel bardzo obficie wzbogacić moją biblioteczkę o książki Stephena Kinga. Desperacja jest właśnie jedną z tych książek. Podchodziłam do niej z dość dużym entuzjazmem i generalnie trochę się zawiodłam. Przyznaję, sam pomysł na książkę ciekawy, kilka osób uwięzionych w opustoszałym miasteczku i próbujący uratować swoje życie i przeciwstawić się złu, ale szkoda, że pomysł niewykorzystany. Podczas czytania Desperacji nie było ani jednego momentu, w którym przeszłyby mi po plecach przysłowiowe ciary. Są momenty pełne napięcia, ale także jest wiele momentów, które się ciągną niemiłosiernie. Język generalnie jest dość banalny i prosty. King jest okrzyknięty mistrzem grozy, lecz w Desperacji jakoś tego nie było widać, którą uważam za dość przeciętną. Nie zachwyca, nie jest książką, nad którą należy się rozwodzić i piać z zachwytu, ale jednocześnie książką lepszą od Komórki. Zdecydowanie nie polecam komuś, kto tak jak ja zaczyna swoją przygodę z twórczością Kinga, który jednak ma to coś, i ciągnie dalej do jego książek. Wytworzył swój styl i pewną powtarzalność, bo tak jak i w Komórce mamy grupkę ludzi, która łączy siły i walczy ze złem. Reasumując, nienajgorsza, acz dość przeciętna i przeciągnięta, można przeczytać, ale są lepsze książki w twórczości Stephena Kinga. A Księciowi dziękuję za ksiażkę:*

piątek, 1 marca 2013

Drapieżcy

Tytuł: Drapieżcy
Autor: Graham Masterton
Wydawnictwo: Prima
Ilość storn: 320
Ocena: 3.5/6


Przeznaczenie, jak pan miał okazję się niedawno przekonać, nie jest niezmienne. (…) Nasz los zawsze spoczywa w naszych rękach, drogi panie. Jedynym paradoksem jest to, że nie staramy się zmienić naszego życia wtedy, kiedy jeszcze możemy.





O twórczości Mastertona czytałam już dość dawno, często gdzieś przewijało mi się jego nazwisko, do tego widziałam półki w bibliotece uginające się od jego książek, więc podczas ostatniej wizyty w owym magicznym miejscu postanowiłam wypożyczyć jakieś pozycje Mastertona. Wybór padł właśnie na Drapieżców.

Podczas akcji książki przenosimy się na wyspę Wight, gdzie poznajemy Davida Williamsa, który jest ojcem samotnie wychowującym swojego siedmioletniego syna. Na wsypie odkrywają zaniedbany sierociniec w wiktoriańskim stylu o nazwie Fortyfoot House, a wokół niego jest mnóstwo grobów dzieci, które zginęły w krótkim czasie. Wszystko wskazuje na to, że wszyscy wychowankowie owego domu dziecka umarli, jednak nigdzie nie ma żadnych grobów jakiś wychowawców, jakichkolwiek osób dorosłych. David postanawia wyremontować ów tajemniczy budynek, o którym nikt w okolicy nie chce rozmawiać. Jakie sekrety on skrywa? Co tam się stało? Dlaczego wszystkie dzieci zginęły? Okazuje się, że praca tam nie jest wymarzonym wakacyjnym zajęciem, a David odkrywa tajemnice tego miejsca zbyt późno i zostaje wplątany w cały ciąg makabrycznych wydarzeń… Jakich? Tego już zdradzać nie będę.

Po lekturze Drapieżców mam bardzo mieszane uczucia i nie wiem co o niej myśleć. Przez jakieś 2/3 książki akcja była jak dla mnie trochę rozwleczona i niezaskakująca. Dopiero później zaczyna się coś dziać i rzeczywiście ciarki po plecach mogą przelecieć. Ale to dopiero pod koniec, co wcześniej może skutecznie zniechęcić do jej czytania. Język nie powala, zwłaszcza, że stosunkowo niedawno skończyłam czytać książkę Lovecrafta pt. Zgroza w Dunwich i inne przerażające opowieści i ciągle jestem pod wrażeniem wykorzystanych tam pomysłów i tego, jakim stylem została napisana. Masterton przy tym jest prawdziwym przeciętniakiem. Końcówka, właśnie owe tajemnicze wydarzenia z sierocińca, są naprawdę dość dobre, co jest największym plusem dla książki. Wcześniej jednak miałam wrażenie jakbym czytała jakąś obyczajówkę, a nie literaturę grozy. Czy polecam? Ostatecznie książka mnie nie zachwyciła, początek wręcz odstraszał i zniechęcał, później się rozkręciło, a ja ciągle nie wiem co niej myśleć. Generalnie jak dla mnie dość przeciętna (poza końcówką). 

wtorek, 12 lutego 2013

Czarny kot


Tytuł: Czarny kot
Autor: Edgar Allan Poe
Wydawnictwo: Aleksandria
Czyta: Grzegorz Przybył
Czas trwania: 53 min.
Ocena: 6/6




Ktoby i teraz jeszcze był zdolny poczytywać mnie za obłąkańca, zaniecha tego, skoro opiszę, jak przemyślnie się zakrzątnąłem około ukrycia zwłok.

Edgar Allan Poe jest amerykańskim pisarzem z pierwszej połowy XIX wieku, kojarzony zarówno z powieścią gotycką i czarnym romantyzmem, ale także z satyrą. Teraz portal Audeo postanowił udostępnić darmową wersję audiobooka pt. Czarny kot autorstwa właśnie tego autora, więc i ja powinnam się zapoznać z jego twórczością.

Audiobook składa się z trzech opowiadań, a pierwszym z nich jest Czarny kot. Jego narratorem jest anonimowy mężczyzna, który od dziecka kochał zwierzęta, w wraz z żoną mają ich w domu dość sporą gromadkę, a tym tytułowego czarnego kota. Wszystko jest dobrze, do momentu, w którym on popada w alkoholizm i staje się agresywny dla swoich zwierząt, w tym wydłubując kotu oku. Zwierzę ucieka przed swoim panem, ten jednak któregoś dnia on wiesza na drzewie swojego ulubieńca i od tego momentu zaczynają dziać się dziwne rzeczy… Drugim opowiadaniem jest Beczka Amontillado, w którym pewnej nocy Montresor, postanowił zemścić się na Fortunacie - zaprzyjaźnionym szlachcicu. Nasz główny bohater jest zdenerwowany z powodu obrazy ze strony swojego przyjaciela i  planuje zabić przyjaciela podczas karnawału, gdy ten jest pijany, a w dodatku ma zawroty głowy i nosi błazeński kostium. Kolejnym i ostatnim jest Zdradzieckie serce (inny tytuł: Serce oskarżycielem), a którym po raz kolejny mamy anonimowego narratora, którego dręczy człowiek, z którym mieszka, a to za sprawą niewyraźnego, sępiego, niebieskiego oka. Dręczy go do tego stopnia, że postanawia go zabić…

Kiedy dostałam maila od ekipy Audeo z informacją o możliwości ściągnięcia tego darmowego audiobooka, nie wahałam się ani chwili, żeby się z nim zapoznać. Nie jest długi, trwa niecałą godzinę. Otóż moim zdaniem opowiadania są literaturą grozy na najwyższym poziomie, godnym zapoznania się z nim. Choć krótkie, napisane ciekawym językiem, zapierające dech w piersiach historie, które przyprawiają o dreszczyk. Prawdziwa klasyka! Dobra pozycja, którą polecam z całego serca i obiecuję sobie zapoznać się z resztą twórczości autora.

środa, 23 stycznia 2013

Maska

Tytuł: Maska
Autor: Dean Koontz
Wydawnictwo: Albatros
Ilość stron: 326
Ocena: 5/6


Są pewne siły, mroczne i potężne, które chcą, aby wydarzenia potoczyły się zgodnie z ich planami. Dążą do tragedii. Chcą znów być świadkiem jej końca, pełnego gwałtu i krwi... Rosną w siłę... dobre i złe, wrogie i przyjazne.





Maska jest pierwszą książką Deana Koontza, którą czytałam, a znalazła się ona na mojej półce dzięki mojemu wspaniałemu Księciowi z bajki. Pierwszą, choć o tym autorze słyszałam o nim już dość często i już dość dawno. Jak już się za nią zabrałam – przepadałam w niej.

Bohaterami Maski są Carol i Paul Tracy. Ona jest psychiatrą dziecięcym, on nauczycielem akademickim i pisarzem. Prowadzą dość szczęśliwe życie, lecz do jego pełni brakuje im tylko dziecka. Z racji tego, że Carol jest bezpłodna para decyduje się na adopcję. Któregoś dnia na maskę samochodu kobiety wpada młoda dziewczyna. Jej zachowanie wskazuje na to, że była w jakimś dziwnym transie albo była pod wpływem jakiś środków odurzających, a po wypadku ma amnezję. Kobieta z poczucia winy odwiedza ją i za pomocą hipnozy próbuje od niej wydobyć od dziewczyny informację, kim była przed wypadkiem, jak się nazywa. Podczas ich trwania podaje ona trzy różne imiona i nazwiska, początkowo wydaje się, że są one nieprawdziwe. Jednak z czasem okazuje się, że wszystkie trzy dziewczynki w przededniu swoich szesnastych urodzin zostały zamordowane. Ale jaki związek z nimi ma dziewczyna, która wpadła na maskę Carol? Kłamała? Czy może ona jest ich wcieleniem? Wszystko okaże się dzień przed szesnastymi urodzinami dziewczyny…

Od razu jak zaczęłam czytać Maskę, skojarzyła mi się ona z filmem pt. Sierota (moja recenzja filmu TU), choć fabuła obu trochę się różni. Pozycję czyta się szybko i przyjemnie spędza się z nią czas, a autor z wielką łatwością buduje napięcie i atmosferę grozy, które są dość mocno widoczne w tej pozycji. Język nie jest skomplikowany, fabuła w zasadzie też nie, ale pozycja naprawdę mi się spodobała. Jedyną rzeczą, która mnie w niej rozczarowała to zakończenie, a w zasadzie jego brak. Brak jakiejkolwiek puenty, brak wyraźnego i jednoznacznego końca książki. Spodziewałam się jakiegoś ciekawie i zaskakująco wykreowanego zakończenia, a tu lipa… Jedyny minus dla książki jak dla mnie. Polecam wszystkim fanom thrillerów i literatury grozy (pozycja jest z pogranicza obu gatunków).


wtorek, 8 stycznia 2013

Komórka

Tytuł: Komórka
Autor: Stephen King
Wydawnictwo: Albatros
Ilość stron: 427 (wyd. kieszonkowe)
Ocena: 3/6

Dopiero później zdał sobie sprawę, że ciało samo wie, jak walczyć, kiedy trzeba. Na co dzień ukrywa tę wiedzę przed swoim właścicielem, tak samo jak ukrywa umiejętność biegania, przeskakiwania przez strumień, pokazywania komuś środkowego palca albo umierania, kiedy nie ma innego wyjścia.






Stephen King jest znanym pisarzem, którego wiele pozycji zostało zekranizowanych. Dzięki mojemu Księciowi miałam okazję nazbierać już kilka książek autorstwa Kinga, a Komórka jest jedną z nich.

Boston, pierwszy października, o 15:03  rozdzwoniły się telefony komórkowe na całym świecie. Po tych sygnałach ludzie zaczynają zmieniać się w coś strasznego, dzikiego, bezrozumnego i pałającego żądzą mordu tak, że są oni nazwani "telefonicznymi szaleńcami". Clayton Riddell – twórca komiksów – jest typem „bezkomórkowca”, co jest nader dziwne w dzisiejszym świecie, więc stoi tylko jak otępiały patrząc się na to co dzieje się z resztą ludzi, jak zmieniają się w monstra. Gdzieś poza Bostonem znajdują się  jego żona i syna, a piesza wędrówka do tego miejsca będzie dla niego prawdziwym koszmarem. Jedynym bezpiecznym miejscem jest centrum stanu Maine, obszar znajdujący się poza zasięgiem telefonii komórkowej. Spotyka on przypadkowo Toma i nastoletnią Alice, którzy również nie posiadają komórek i teraz razem postanawiają połączyć siły i uciec od ataku zombie. Czy Claytonowi uda się uratować żonę i syna? Co stanie się z nim i jego nowymi znajomymi?

Komórka należy do pozycji, które czyta się naprawdę szybko. Język jest prosty, tak samo jak cała fabuła nie jest skomplikowana. Sam pomysł na inwazję zombie przy użyciu komórek jest naprawdę ciekawa, moim zdaniem autor nie wykorzystał do końca. Jest atak na początku książki, a później cisza, brak ataków czy czegokolwiek. Jak Misery tego samego autora bardzo mi się podobało, to Komórka już nie wywarła na mnie takiego wrażenia. Jej akcja jest dość monotonna, bez szczególnych zwrotów akcji, taka dość przeciętna… Ot, takie czytadło, nic więcej. Jak komuś się nudzi, to może przeczytać. Ja i tak dalej zamierzam czytać książki autora, zwłaszcza te, które dostałam od Księcia.


środa, 19 grudnia 2012

Zgroza w Dunwich i inne przerażające opowieści

Tytuł: Zgroza w Dunwich
i inne przerażające opowieści
Autor: Howard Phillips Lovecraft
Wydawnictwo: Vesper
Ilość stron: 792
Ocena: 6/6

Ci Wielcy przedwieczni nie do końca są zbudowani z krwi i kości. Owszem mają cielesną powłokę – czyż nie dowiodła tego podobizna Cthulhu wśród gwiazd?- lecz nie jest ona materialna.






Lovecrafta nigdy czytałam ani nigdy nie byłam fanką horrorów, jednak mój Książę z bajki postanowił zatroszczyć się o zapełnienie moich półek książkami i właśnie do nich należała ta pozycja, którą dostałam w 6 miesięcznicę naszego związku (tak, wiem dziwny zwyczaj, ale bardzo fajny:D).


Zgroza w Dunwich i inne przerażające opowieści jest zbiorem 15 opowiadań autorstwa Lovcrafta, wydanym w bieżącym roku. Wcześniej były one publikowane oddzielnie i to w wielu różnych językach, a teraz został wydany ten zbiór jako wybór najlepszych i najbardziej przerażających opowiadań. Nie wiem czy jest w ogóle sens opisywać o czym jest każde kolejne opowiadanie, to można przeczytać na Wikipedii, jak nie polskiej, to angielskiej, a poza tym, nie chcę bawić się tu z zbytnie streszczenia, żeby dodatkowo zachęcić Was do przeczytania;) W każdym bądź razie czytając te opowiadania, wejdziecie w magiczny, mroczny świat mitów Cthulhu, Przedwiecznych, wspaniałych starożytnych miast i wielu, pilnie strzeżonych tajemnic, zwłaszcza tych rodzinnych… Pierwszoosobowa narracja każdego z opowiadań pozwoli Wam bardziej wejść w ten świat i lepiej sobie go wyobrazić, a przede wszystkim poczuć strach i sprawić, żeby na Waszym ciele pojawiła się gęsia skórka.

Są książki, przez które można przelecieć bez mrugnięcia okiem i przeczytać je w godzinę lub dwie, a ich zawartość spływa po czytelniku jak po kaczce, nie zapadając w pamięci. Są także książki, którymi należy się delektować i właśnie do tej drugiej grupy należy Zgroza w Dunwich i inne przerażające opowieści. Opowiadania zawarte w tym zbiorze cieszą oczy wspaniałym wyrafinowanym językiem i przykuwają wzrok klimatyczną okładką, a umysł cieszą świetnie wykreowanym i nader mrocznym i przerażającym światem, od którego, aż nie chce się oderwać. Wielkie brawa dla autora, który stworzył, tak wspaniały świat i jeszcze wspanialsze opowiadania, do których na pewno będę wracać, może nie do całości, ale do wybranych z pewnością i wielką chęcią. Naprawdę jestem pełna podziwu dla Lovecrafta, który za życia niewiele publikował, do tego miał koszmary i żył tylko 47 lat. Autor musiał mieć naprawdę świetną wyobraźnie, żeby stworzyć tak wspaniałe opowiadania, które do dziś są niewyczerpaną studnią inspiracji dla filmowców i nie tylko. Książkę czytałam długo, przyznaję, ale poza objętością prawie 800 stron, każdym opowiadaniem, stroną, nawet wyrazem tej książki należy się delektować. Prawdziwa uczta dla czytelników i mocno zapadająca w głowę lektura! Z całym sercem polecam! A Księciowi dziękuję za wspaniałą książkę:*

Lista opowiadań zawartych w zbiorze
Dagon (1917)
Ustalenia w sprawie zmarłego Arthura Jermyna i jego rodu (1920)
Wyrzutek (1921)
Muzyka Ericha Zanna (1921)
Szczury w murach (1923)
Święto (1923)
Zew Cthulhu (1926)
Przypadek Charlesa Dextera Warda (1927)
Kolor z innego wszechświata (1927)
Zgroza w Dunwich (1928)
Szepczący w ciemności (1930)
W górach szaleństwa (1931)
Widmo nad Innsmouth (1931)
Cień spoza czasu (1935)
Nawiedziciel mroku (1935)
Posło­wie: W przeddzień potwornego zmartwychwstania

środa, 26 września 2012

Wielkie sekretne widowisko

Tytuł: Wielkie sekretne widowisko
Autor: Clive Barker
Seria: Księgi Sztuki
Tom: pierwszy
Wydawnictwo: Książnica
Ilość stron: 632
Ocena: 6/6


Ale w tym środowisku miłość była rzadkim gościem. Była to skaza na ich zbroi, której nie mogli się pozbyć.





Czy zwykły pracownik poczty może całkowicie zapanować nad światem? Czy ów zwykły pracownik może wprowadzić zamęt w jednej z miejscowości? Otóż może… Kiedy podczas współpracy ów Jaffie zaczyna współpracować z Fletcherem –naukowcem uzależnionym od narkotyków – nie podejrzewa nawet, że niebawem staną się przeciwnikami w grze o panowanie nad światem.

W Grove cztery przyjaciółki postanawiają się ochłodzić w nieistniejącym wcześniej jeziorku w lesie. Tam coś próbuje je wciągnąć pod wodę i utopić. Po tym wydarzeniu ich życie diametralnie się zmienia. Wszystkie cztery zachodzą w ciążę… Kiedy rodzą się ich dzieci, są one naznaczone. Po wielu latach dwójka dzieci poczętych po owej Zmowie dziewic spotyka się, życie w Grove bardzo się zmienia… A za tymi wszystkimi wydarzeniami stoi Jaffie i Fletcher… A jak to się skończy?

Kiedy dostałam ją od Księcia z bajki nie wiedziałam czego się po niej spodziewać… Wielkie sekretne widowisko jest lekturą bardzo wciągającą i zdecydowanie ciekawą. Jest to mój pierwszy kontakt z horrorem, ale na pewno nie ostatnie. Tak samo jak nie będzie to ostatnie spotkanie z autorem. Jest to książka, zarówno z elementami horroru, jaki z elementami fantasy, a mimo swojej objętości czyta się bardzo szybko i przyjemnie... Polecam!


Cytaty z książki

Miłość i śmierć to zwykłe komunały – bliźniacze obsesje piosenek i oper mydlanych.
Straszne rzeczy są wszędzie, jeśli tylko chce się je dostrzec.
Ludzie ukrywają swoje twarze za maskami. Dlatego są tak interesujący.
Bo miłość jest właśnie taka. Każe przeczyć wszelkim, najbardziej przekonywującym dowodom.
- Cholera. Nie chcę zbliżać się do śmierci.
- Nie ma pani wyboru. 
Żyli od jednego wydarzenia do drugiego; pustka wypełniająca przestrzeń między twymi wydarzeniami napełniała ich niejasną trwogą.; wypełniali swoje życie  rozrywkami, by uniknąć pustki tam, gdzie powinna być ciekawość; oddychali z ulgą – kiedy dzieci wyrastały z wieku, gdy zadaje się pytanie: po co właściwie człowiek żyje.
Przemawiała przez niego miłość, a miłość była jego jedyną obroną –jedyną obroną wszystkich innych ludzi – przed tą kurzawą i wichrem, i zawodzącymi w wichrze głosami.


Zapraszam do polubienia mojej strony na Facebooku;)