wtorek, 29 kwietnia 2014

Hadzine dyskusje: pisanie listów;) Listy, listy, listy!



W dzisiejszych czasach pisanie listów jest mało popularne, ale jednak od lat to robię i naprawdę lubię to robić;) Dlaczego?
  1. Sprawia to wiele więcej radości niż otrzymanie maila;) Kto sam czekał np. miesiąc na list i w

    końcu go otrzymał sam wie;)
  2. Pisanie listów z osobami z zagranicy może poprawić nasze umiejętności językowe;)
  3. Maile czy smsy często usuwamy zaraz po odczytaniu, jednak listy zostają na długie lata;) i smsy czy maile wydają się być takie bezduszne - za każdym razem to samo tło, ta sama czcionka...
  4. Poznawanie nowych ludzi;)
  5. Często łatwiej coś napisać niż powiedzieć;)
Mi to sprawia wielką radochę;) Znać kogoś na podstawie jego listów, charakteru pisma – cudowne uczucie;) To takie... nietypowe i wciągające;) Móc spędzić cały wieczór na pisaniu listów, do których dołączysz jakiś drobiazg i sprawisz uśmiech na czyjejś twarzy – bezcenne;) Pamiętam jak kiedyś czekałam na list chyba ze 2 miesiące i już straciłam nadzieję, że dojdzie, ale któregoś dnia przyszedł wywołując u mnie niepohamowaną radość;)

A Wy co o tym sądzicie? Piszecie czasem listy takie prawdziwe, papierowe? Lubicie to robić?;) Jeżeli jesteś chętny, żeby popisać z kimś listy – napisz do mnie;) e-mail: hadziczka13@wp.pl

sobota, 26 kwietnia 2014

"Żołnierze Hitlera. Wehrmacht na frontach II wojny światowej." Stephen G. Fritz

Tytuł: Żołnierze Hitlera. Wehrmacht na frontach II wojny światowej.
Autor: Stephen G. Fritz
Wydawnictwo: RM
Seria: Świadkowie - zapomniane głosy
Ilość stron: 312
Ocena: 3.5/6


Dla Landsera walki zbrojne na froncie wschodnim składały się z tysięcy drobnych potyczek, z codziennych zmagań o przeżycie pośród straszliwego chaosu, strachu i cierpień.




Historia to jeden z tych przedmiotów, który lubiłam już w podstawówce, ale jednocześnie nie wiązałam z nim swojej przyszłości czy planów. Swego czasu chodziłam nawet na zajęcia dodatkowe z tego przedmiotu;) Szczególnie lubiłam okres I czy II Wojny Światowej, w związki z czym zainteresowała mnie ta pozycja.

Żołnierze Hitlera. Wehrmacht na frontach II wojny światowej. to książka, która opowiada o losach Landserów – wojowników Hitlera. Znajdziemy w niej mnóstwo cytatów z listów czy pamiętników żołnierzy, dzięki którym poznajemy ich życie od przysłowiowej kuchni. Nie znajdziemy w niej genezy wydarzeń, które wtedy miały miejsce. Nie znajdziemy także opinii, sądów czy chęci zrozumienia decyzji, które były wtedy podjęte na szczeblu państwowym. Widzimy obraz życia zwykłego szeregowca, obraz, który jest nader prawdziwy i wstrząsający. Jak więc ono wyglądało? Jak wyglądała ich codzienna walka? W imię czego ginęli anonimowi żołnierze walczący ramię w ramię obok siebie? Jak do tematu podszedł autor?

Landser doskonale wiedział, że nie ma sposobu na uodpornienia się na nagły atak paniki; nawet z pozoru niewzruszeni weterani wielu kampanii ulegali niekiedy pragnieniu ucieczki przed niebezpieczeństwem.

Żołnierze Hitlera. Wehrmacht na frontach II wojny światowej to książka, która będzie idealna dla wszystkich fanów historii, a zwłaszcza tego okresu z przeszłości, jednak mi nie do końca przypadła do gust. Choć lubię ten okres to jednak nie przekonała mnie forma książki – typowo popularno-naukowa. Język mnie nie zachwycił, ani sposób w jaki Stephen G. Fritz opisuje w niej losy hitlerowskich żołnierzy, ich potyczki czy losy. Nie przekonało mnie to do końca, no ale cóż, bywa... Wynika to chyba z tego względu na to, że nie jestem aż tak wielką fanką ani historii ani książek popularno-naukowych. Jednak bardzo podobało mi się to, że autor nie opisywał ich jakby byli robotami, nie odzierał ich z ludzkich uczuć – z tęsknot, bólu, pragnień, obaw i niepokojów. Widać także, że Stephen G. Fritz włożył sporo pracy w przygotowanie tej pracy zbierając żołnierskie notatki, listy czy pamiętniki oraz spisując je w zgraną i spójną całość, w której jednocześnie autor udowadnia, że w wojnie nie ma nic patetycznego, romantycznego czy heroicznego. Stephen G. Fritz spisał się w tej kwestii naprawdę dobrze i naprawdę się postarał, co zresztą widać w pracy i trzeba przyznać to autorowi, choć sama książka mnie do końca zachwyciła. Język typowo naukowy, zresztą jak na książkę popularno-naukową przystało. Książka, która nie gloryfikuje tzw. Landserów, ale pokazuje ich codzienne życie.

Podsumowując, Żołnierze Hitlera. Wehrmacht na frontach II wojny światowej to bogata w treść pozycja, która z pewnością zadowoli każdego wielkiego miłośnika historii, II Wojny Światowej oraz książek popularno-naukowych i właśnie takim osobom ją polecam.

Książkę przeczytałam dzięki uprzejmości:



piątek, 25 kwietnia 2014

"Ania z Avonlea" Lucy Maud Montgomery

Tytuł: Ania z Avonlea
Tytuł: Lucy Maud Montgomery
Cykl: Ania Shirley
Tom: drugi
Wydawnictwo: Algo
Ilość stron: 274
Ocena: 6/6


Trzeba żyć tak, aby upiększać swe imię, nawet jeśli poprzednio nie brzmiało pięknie. Niech każdy, kto myśli o nas, wyobraża sobie nasze zalety, które mu przysłonią brzydotę imienia.





Anię z Zielonego Wzgórza przeczytałam mając na karku 21 lat i się zachowałam w rudowłosej bohaterce, więc krótko po tym pobiegłam do księgarni i zakupiłam dwie kolejne części z serii i krótko później zabrałam się za pochłanianie Ani z Avonlea.

Ania Shirley jest już starsza i ze względu na stan zdrowia jej opiekunki Maryli zdecydowała się zrezygnować z pięknych i wzniosłych planów pójścia na uniwersytet. Przynajmniej chwilowo. Została Avonlea ucząc dzieci w miejscowej szkole, pomagając Maryli i co chwilę wpadając w nowe tarapaty, podczas gdy jej rówieśnicy studiują na uniwersytecie. Ania angażuje się także zmienianie Avolnea wraz z grupką znajomych realizując co chwilę jakieś nowe pomysły i pomagając Maryli w wychowywaniu bliźniaków W jakie problemy wpadnie tym razem Ania? Jakie przygody ją spotkają? Jaka teraz jest? Jak się zmieniła? Co nowego się wydarzyło w Avonlea? Jakie tam zaszły zmiany?

(…) ilekroć oczekujemy czegoś przyjemnego, spotyka nas (…) rozczarowanie… oczekiwania zawsze zawodzą. (…) ale ma to też swoją dobrą stronę, bo i przykrości nie odpowiadają naszym oczekiwaniom i wtedy rzeczy biorą lepszy obrót, niż przypuszczaliśmy.

Ania z Avonlea to drugi tom z serii, w której się zakochałam od pierwszego zaczytania. Jak ten tom wypadł na tle poprzedniej części? Wcale nie gorzej niż wcześniejszy;) Lektura tej książki zafundowała mi sporą dozę mile spędzonego czasu. Przede wszystkim kolejne przygody rudowłosa Ani sprawiły, że spędziłam trochę czasu z uśmiechem na twarzy i pełna rozbawienia, a także pełna chęci do czytania i skompletowania kolejnych części;) Byłam pełna podziwu dla postawy Ani jako nauczycielki, która za główne zadanie postawiła sobie to, żeby wszyscy uczniowie ją polubili, bo wiedziała, że dzięki temu jej nauczanie będzie skuteczniejsze. Współcześni pedagogowie mogli by się uczyć takiej postawy od Ani, która w tym tomie wyjątkowo się zmieniła i to właśnie my, czytelnicy, jesteśmy świadkami tych zmian. Ania z Avonlea to pozycja, która wywołuje na twarzy uśmiech, uczy, a także zmusza do refleksji nad wieloma rzeczami, takimi jak przyjaźń, pomoc innym, dokonywanie trudnych wyborów i decyzji czy tematu poświęcenia. No i bohaterowie, których pokochałam już w poprzedniej części, ich wykreowanie przez autorkę jest konsekwentne i wzbudzają sympatię czytelnika. Montgomery opisała w książce rutynowe życie na wsi, ale w taki sposób, że nie sposób się nie uśmiechnąć, za co należą się jej wielkie brawa. Tak samo jak język i styl, w jaki opisała przygody Ani Shirley, który już mnie zachwycił w poprzedniej części.Tym razem trafiłam na wydanie z 2013 roku i nie miałam okazji porównać innymi tłumaczeniami. Coś czuję, że właśnie to wydanie będę kolekcjonować na półce;)

Serdeczna przyjaźń jest rzeczywiście bardzo pomocna w życiu. Powinniśmy sztandar jej trzymać wysoko i starać się nie zbrukać go nigdy brakiem szczerości i prawdy. Często jednak przyjaźnią nazywa się zwykłą poufałość niemającą nic wspólnego z tamtym wzniosłym uczuciem.

Ania z Avonlea to prawdziwa klasyka, zresztą jak cała seria, którą pokochałam i chyba nic tego nie zmieni. Kolejny tom – Ania na uniwersytecie -  już czeka na półce w kolejce do przeczytania. Zdecydowanie polecam ten cykl – jest naprawdę cudowny! Niebawem będę musiała wybrać się do księgarni po kolejne części serii;) 

środa, 23 kwietnia 2014

"Nosiciel (Opary szaleństwa)" Tess Gerritsen

Tytuł: Nosiciel (Opary szaleństwa)
Autor: Tess Gerritsen
Wydawnictwo: Albatros
Ilość stron: 416
Ocena: 5.5/6



Za dwa tygodnie nadejdzie najkrótszy dzień w roku. A potem dni znowu zaczną się wydłużać, ziemia zacznie się obracać ku światłu i ciepłu. Ku nadziei.






Tess Gerritsen to amerykańska pisarka, która zasłynęła ze swoich thrillerów medycznych i romansów kryminalnych i jednocześnie należy do grona moich ulubionych autorów. Jedna z jej książek - Nosiciel jest w Polsce znana także jako Opary szaleństwa.

Tranquility to niewielkie miasteczko w stanie Maine, gdzie przeprowadza się lekarka Claire Elliot wraz ze swoim nastoletnim synem. W mieście dochodzi do różnych dziwnych zdarzeń, które trudno zrozumieć – napady agresji czy wandalizmu, a także wiele innych zjawisk, do których mieszkańcy nie są przyzwyczajeni. Kiedy wiele osób z obrażeniami trafia do dr Elliot jej nowi pacjenci powinni jej ufać i poddać się jej metodom, ale jak to bywa w małej mieścinie są nieufni i przywykli do działania poprzedniego lekarza. Co dzieje się w tym miasteczku? Czy syn dr Elliot też da się ponieść fali agresji? Co ją tak naprawdę spowodowało? Jak lekarka poradzi sobie z tą sytuacją? Jaką tajemnicą jest owiane tamto miasteczko? 

Tess Gerritsen

Nosiciel to książka, którą dostałam od mojego kochanego Księcia z bajki i krótko po jej otrzymaniu zabrałam się za jej lekturę. Twórczość Tess Gerritsen ceni zwłaszcza za serię Rizzoli & Isles, której bohaterki podbiły moje serce, ale jednak po pozostałe jej książki również chętnie sięgam. Nosiciel przedstawia ciekawą, niebanalną historię, która zapewnia świetną zabawę podczas jej lektury, zwłaszcza, że i bohaterowie ciekawie wykreowani. Pojawiają się wątki miłosne czy jakieś inne z ich życia osobistego, ale wszystko jest zachowane w rozsądnych proporcjach z pozostałymi wydarzeniami w książce i zasadniczą akcją. Napisana lekkim i nieskomplikowanym językiem charakterystycznym dla autorki, która właśnie nim zachwyca wielu czytelników. Muszę przyznać, że byłam zaskoczona zakończeniem, co ostatnio rzadko mi się zdarza – spodziewałam się zupełnie czegoś innego! Z Nosicielem spędziłam czas naprawdę miło i przyjemnie, a także ani chwili się nie nudziłam podczas lektury! Na tle innych książek Gerritsen jest ona bardzo medyczna – odnoszę wrażenie, że jakby bardziej kręciła się wokół medycyny niż inne jej książki. No może poza Dawcą. Łacińskie nazwy pasożytów czy chorób, rozmowy lekarzy o objawach, badaniach czy sposobach leczenia, a przede wszystkim zawikłana zagadka – to jest to co lubię w thrillerach medycznych, a w tej książce wyjątkowo widać, długoletnie studia i doświadczenie lekarskie autorki, które nabyła przed tworzeniem książek. I tu tkwi jej geniusz – przedstawić medyczne zagadki w przejrzysty sposób. Styl, fabuła, zaskakujące zakończenie, pomysł na książkę – cud, miód i orzeszki


Nosiciel to książka, która zapewne zadowoli wielu czytelników, nawet tych bardziej wyrafinowanych w doborze lektur z tego gatunku. Za każdym razem sięgając po książki Tess, wiem, że czeka mnie świetna przygoda i spora dawka wrażeń, tak było i tym razem. Nie zawiodłam się, a wręcz przeciwnie – jestem zachwycona, zwłaszcza zakończeniem! Gerritsen w pełnej krasie, którą mogę polecić z całego serca. Nie wiem na ile wyryje mi się w pamięci, ale na pewno jeden z lepszych medycznych thrillerów, jakie miałam okazję czytać.